Jak przygotować dziecko do życia?

Nie zliczę, ile razy słyszałam o tym, że dzieci należy hartować przed światem. Że życie to nie bajka, tylko ciężka orka na ugorze, i im szybciej nabędą twardy przeciwżyciowy pancerz, tym lepiej dla nich – nic ich nie zrani, żadne przeciwności ich nie złamią.

 

Zatem dziś zbieram niektóre z tych przekonań w jednym miejscu i przyglądam się ich prawdziwości.

 

 

Nikt nie będzie się z nimi pieścił

Zacznijmy od “nie ma co się tak pieścić”. Z emocjami, potrzebami, wyzwaniami. Zaciskasz zęby i jedziesz, toczysz ten swój wózek. Za dorosłego nikt nie będzie się nad tobą rozczulał, nie ma taryfy ulgowej.
Nie byłaby to zła strategia, gdyby nie jej skutki uboczne. Nie pieszczenie się oznacza spory wydatek energii na utrzymanie się w ryzach, gdy w środku buzuje. Energia ta kiedyś się zużyje i sił na trzymanie się zabraknie. Wówczas człowiek pęka – jak naciągnięta za mocno struna. Jest to bowiem strategia krótkofalowa. Na moment, nie na życie. Na bardzo trudne czasy, gdy brakuje wsparcia, zasobów, opieki i trzeba po prostu przetrwać. Wtedy, przez tę dłuższą lub krótszą chwilę może nam służyć – ale gdy trudne czasy miną, nie tylko przestaje być pomocna, staje się wręcz szkodliwa.

Jeśli bowiem trwamy w niej uporczywie, kostniejemy. Odcinając sobie dostęp do trudnych doświadczeń i emocji z nich płynących, równocześnie odcinamy się od wszystkich emocji. Nie ma przycisku wyłączającego tylko to, z czym nam nie po drodze, ta strategia nie bierze jeńców.

Zatem przestaję mieć dostęp do wrażliwej, czującej części siebie. Nie pozwalam sobie na poruszenia, na odkrycie swojej delikatności – bo pociągnęłoby to za sobą odmrożenie wszystkiego, co do tej pory udawało mi się utrzymać w skostnieniu.

Czy tak da się żyć? Oczywiście. Mnóstwo ludzi przeżywa tak całe swoje istnienie. Pytanie nie brzmi więc, czy da się, ale czy gra jest warta świeczki? Czy musimy wybierać akurat tę strategię, która pomaga ludziom przetrwać wojny, gwałty, traumy, najgorsze sytuacje? Czy potrzebujemy jej w szkołach, instytucjach, naszym życiu społecznym – skoro jej skutki uboczne działają destrukcyjnie przede wszystkim na nas samych?

 

 

“Rozczulanie się nad sobą nikogo do niczego nie zmotywuje”

“Weź się w garść”. Hasło, które może pociągać za sobą sporą dawkę ostrej samokrytyki.
“Co jest z tobą nie tak, nie umiesz poradzić sobie z taką prostą sprawą?”
“Jak będziesz taki miękki, nigdzie nie zajdziesz”
“Wszyscy jakoś dają radę”
“Po prostu zabierz się do roboty, zamiast się nad sobą rozczulać”.
Hasło, które stawia sprawę konkretnie: jesteś w porządku tylko wtedy, gdy coś osiągniesz. Gdy wygrywasz, wybijasz się ponad innych, odhaczasz kolejne cele. Nie wychodzi? Próbuj mocniej. Zawsze można zrobić coś lepiej.

Czy to działa? Znów – krótkofalowo tak, owszem. Potrafimy spiąć się ostrogami i ruszyć galopem ku słońcu na horyzoncie. Niestety, krytyka aktywuje w mózgu struktury związane z reakcją walki/ucieczki. Ta reakcja ma w zamyśle chronić nas przed niebezpieczeństwem, niegdyś rozumianym jako czyhający na nas drapieżnik. Dziś takie ryzyko niemal nam nie grozi, pojawia się jednak inne zagrożenie, dotyczące naszej koncepcji siebie. Kiedy myślę o tym, czego w sobie nie lubię, kiedy oglądam swoją niedoskonałość w towarzystwie własnego krytyka, zaczynam zagrażać sama sobie. Jestem, jak mówi w swoim wystąpieniu Kristin Neff*, zarówno atakującym, jak i atakowanym. Poczucie zagrożenia pociąga ze sobą wzrost kortyzolu i adrenaliny, a utrzymujące się wysokie stężenie tych hormonów jest bardzo obciążające i wyniszczające dla organizmu.

 

Jednak krytyka/samokrytyka działa nie tylko na jej adresata. Działa na jego otoczenie. Jeśli czuję się gorsza, gdy nie osiągam celów, gdy nie wybijam się ponad przeciętność, jeśli moja wartość jest mierzona za pomocą porównań z innymi, ratunkiem dla mnie może stać się dyskredytowanie tych innych. Podważanie ich wartości, aby podnieść swoją. Stąd już krótka droga do gnębienia rówieśników w szkole, współpracowników czy członków rodziny. To nie musi się wydarzyć, ale może. Im gorzej mi samej ze sobą, tym gorzej mi również z innymi.

 

 

“Przyznasz chyba, że życie zawiera stresujące momenty i warto umieć sobie z nimi radzić?”

Przyznam po stokroć. Obawiam się jedynie, że rekomendowane powszechnie strategie odnoszą skutek odwrotny od zamierzonego. Banalna analogia: kiedy chcemy wzmocnić układ odpornościowy dziecka, nie atakujemy go zewsząd, tylko raczej opiekujemy, aby był jak najsilniejszy. Żywimy zdrowo, hartujemy lżejszym ubiorem, przebywaniem na świeżym powietrzu. Bierzemy pod uwagę indywidualne uwarunkowania: kiedy dziecko zdaje się łapać wszystko i zewsząd, pochylamy się nad nim z większą uwagą, aby wesprzeć je jak najlepiej.

Kiedy ktoś zetknie się z chorobą, pielęgnujemy, aby przebył ten czas jak najłagodniej. Podajemy leki, parzymy ziółka, sięgamy do najróżniejszych metod wspomagających powrót do zdrowia.
Jeśli jednak idzie o zdrowie psychiczne, bywa, że mówimy: trudno, niech się uczy.
Nie chce chodzić do szkoły? A kto mnie pyta, czy chcę chodzić do pracy?
Nie dogaduje się z innymi dziećmi? Pewno coś z nim nie tak, musi się dostosować.
Denerwuje się, gdy sprawy idą nie po jego myśli? Lepiej, żeby zaczęło się hamować, bo inni się od niego odwrócą.
To tak, jakbyśmy układowi odpornościowemu powiedzieli: radź sobie, w życiu spotka cię mnóstwo wirusów i bakterii, lepiej się z tym licz.

 

Tymczasem przygotowanie dziecka do radzenia sobie z wyzwaniami i stresem oznacza stworzenie bezpiecznej przestrzeni do przeżywania wyzwań i stresu. Bezpiecznej, czyli aktywującej inne struktury w mózgu, związane z tzw. układem zaangażowania społecznego. Wielokrotne doświadczanie stresu, lęku, frustracji, porażki, rozczarowania czy smutku we wspierającym towarzystwie bliskich osób stanowi mocną bazę do samoregulacji w dorosłym życiu. Samoregulacji opartej nie na zaciskaniu zębów i niebotycznego wydatku energii na utrzymanie się w ryzach, lecz oznaczającej raczej umiejętność wejścia w różne emocje świadomie, stawienie im czoła i przejście przez emocjonalny tunel**. Zanim jednak będziemy gotowi przejść go samodzielnie, potrzebujemy tysiące razy przebyć go w towarzystwie doświadczonej osoby. Bliskiego dorosłego. Tysiące razy.

W praktyce oznacza to, że dziecko, które zdane jest na siebie, słyszy na przykład: Wszyscy jakoś sobie radzą z matematyką, tylko nie ty. Co z tobą nie tak? Nie umiesz po prostu usiąść i porządnie popracować? To chyba nie jest jakieś wybitnie trudne, trzeba tylko chcieć.

Dziecko zaś, które zostanie otoczone wsparciem, usłyszy raczej: Och, nie poszła ci ta kartkówka tak, jak chciałaś. Przykro mi, wyglądasz na rozczarowaną. Czy chcesz, żebyśmy razem pomyślały, jak ci pomóc w tym, co stanowi trudność?

 

 

Co sprawia, że rośniemy w siłę?

To właśnie podejście oparte na empatii wzmacnia naszą odporność psychiczną i uzdalnia nas do stawiania czoła przeciwnościom. Daje bazę, w której nie obawiamy się porażki (co będzie, gdy sobie nie poradzę?), bo efekt naszych działań nie mówi nic o nas jako ludziach. Moja porażka nie oznacza, że jestem porażką. Mój sukces nie oznacza, że jestem sukcesem. Moja wartość nie jest uzależniona od moich osiągnięć – przyniosłam ją na ten świat i jest niepodważalna.

Zgaduję, że niechęć do empatycznego podejścia bierze się z przekonania, że to takie współczujące pitu-pitu. Bez konkretów, bez rozwiązań, z masochistycznym nurzaniem się w trudnych emocjach. To bardzo wypaczony obraz. W tym podejściu jest bowiem miejsce i na informację zwrotną, i na strategie, i na motywację.
Można pomóc drugiemu stawiać czoła wyzwaniom, rozwijać potencjał, osiągać coraz więcej, a jednocześnie mieć na względzie jego wrażliwość, jego dobrostan i poczucie własnej wartości.

 

Jak piszą siostry Nagosky***: Rośniesz w siłę, gdy jesteś łagodny/łagodna dla siebie.

 

Jak działać na co dzień, aby przekazać dziecku, że jest wartościowe?

Ruszył nabór do IV edycji mojego kursu „Rozwiń Skrzydła” o wspieraniu dziecięcego poczucia własnej wartości.

Kurs jest w przedsprzedaży i możesz kupić taniej tylko przez kilka dni, do środy 10. marca 2021.

Zobacz szczegóły kursu

 

*The Space Between Self-Esteem and Self Compassion

** i *** Emily i Amelia Nagosky “Wypalenie”

 

Foto: Unsplash

Czytaj więcej

Nic nie wiesz

Kiedy byłam młodą matką i zaczynałam też wspierać innych rodziców, bardzo się martwiłam, że będę niespójna. Czyli: krzewiąca zacne idee, którym czasem nie umiem sprostać.

 

W zaciszu domowym miałam dla siebie sporo łagodności, ale na zewnątrz stawałam się najsurowszym krytykiem – żyjącym w ciągłej obawie, że ktoś mnie zobaczy, gdy warczę na dzieci, gdy je popędzam, lub gdy się całkowicie odpalam i reaguję nieracjonalnie, gwałtownie i chaotycznie.

 

Pamiętam z tego czasu dużo dokładania sobie wyobrażonych oczekiwań nieznanych mi ludzi, i rozwalające mnie na kawałeczki strzępki komentarzy sugerujących, że ktoś wyłapał moje słabości – i się nimi zgorszył.

 

Pamiętam, jak znajomy zasugerował, że nie wyglądam, jakbym lubiła być mamą. Albo kogoś zamurowało, bo nie zachowałam się zgodnie z jego wyobrażeniami.

 

Bardzo to przeżywałam i mieliłam w sobie.

Dziś wiem, dlaczego tak mnie to bolało, ale wiem też jeszcze jedno: można zobaczyć kogoś piętnaście razy przez 2 minuty jego interakcji z dziećmi – i oznacza to nie więcej niż zobaczenie kogoś kilkanaście razy przez chwilę w towarzystwie jego dzieci.

 

Nie można wyciągnąć z tego absolutnie żadnych wniosków. ŻADNYCH. O tym, jakim jest rodzicem. O tym, jaką ma z dziećmi relację. O tym, co się dzieje u nich w domu, poza domem i gdziekolwiek indziej.

 

Jeśli stoję przy kasie, a przede mną matka napomina trzyletnią córeczkę, żeby przestała szarpać bramkę, bo pani na nią zaraz nakrzyczy, to wiem tylko tyle, że w tamtej sytuacji tak powiedziała swojemu dziecku.
Nie, że straszy swoje dziecko. Nie, że nie ma pojęcia o budowaniu dialogu. Nie wiem też, czy jest nerwowa, czy “ma ze sobą kontakt” i czy jej dziecko czuje się zagubione.

 

A kiedy nawet mam częstszy kontakt, bo (dajmy na to) dany rodzic to bliższy znajomy, i spotykamy się od dłuższego czasu, i wiele przeróżnych sytuacji za nami – to wciąż nie mam całościowego obrazu. Nie znam historii tego człowieka, by doskonale rozumieć, ile już gnoju swoich doświadczeń przerzucił. Mogę słyszeć, jak nieprzyjemnie zwraca się do swoich dzieci czy współmałżonka, i może to boleć – ale nie mówi nic o drodze, jaką ta osoba przebyła, aby nie wnieść w swoje życie gorszych zachowań, aby porzucić przemoc, agresję, pogardę, gwałtowność etc.

 

Mogę widzieć, jak komuś trudno jest mówić “nie” swoim dzieciom. Mogę myśleć, że uczy w ten sposób swoje dzieci przekraczania granic innych. Ale nie wiem nic o tym, ile ten człowiek przeszedł, aby odważyć się wejść w rodzicielstwo.

 

Czy ja próbuję usprawiedliwiać siebie lub kogokolwiek innego? Bynajmniej. Moją intencją jest wyłącznie pokazanie, że ferowanie wyrokami, stawianie diagnoz i sypanie ocenami jak z rękawa nie tylko nie pomaga, ale jest nieskuteczne i zakłamuje rzeczywistość.
Po ponad dekadzie pracy z rodzicami mam głębokie przekonanie, że każdy, którego spotkałam, starał się jak najlepiej dla siebie i swojej rodziny. KAŻDY.

 

Ale oprócz tego, co widać na zewnątrz – czyli rodzicielskich działań, podejmowanych codziennie na nowo, aby utrzymać siebie i dzieci we względnej równowadze – jest też ogrom tego, co pod spodem, co działa często nieświadomie, odzywając się czasem w zatrważających nas samych sposób przy niespodziewanych sytuacjach.

 

Oto obrażam się nie dziecko i nie mogę odezwać się do niego przez dwa dni.
Oto czuję się tak rozwścieczona, że niemal chodzę po ścianach.
Oto zapadam się w siebie, pogrążam w otchłani i nie rozumiem, jak doprowadziło mnie w to miejsce wylanie zupy przez moje roczne dziecko.

 

Nieważne, czy pracujesz w szkole/przedszkolu/żłobku i widujesz mnóstwo rodziców w ich relacji z dziećmi.
Nieważne, czy jesteś doświadczonym rodzicem kilkorga dzieci, czy też świeżo upieczonym opiekunem niemowlęcia.
Babcią, ciotką, wujkiem czy trenerem, wychowawcą, terapeutą rodzinnym, lekarzem, sprzedawcą, kierowcą autobusu czy też sąsiadujesz z rodziną wielodzietną.

 

Widzisz tylko kawałek historii, tylko skrawki opowieści.
Jakiekolwiek działanie zechcesz podjąć, nigdy nie oceniaj rodzica.

 

Nic nie wiesz, Jonie Snow.

 

Foto: Unsplash

Czytaj więcej

Jak można było tak spudłować??*

Nie mogę zrozumieć, co jest takiego trudnego w przygotowaniu ciasta na gofry. Przed oczami jest przepis prowadzący krok po kroku, bez żadnych porad typu: na oko, aż będzie gotowe, do pożądanej konsystencji.
Nie, to instrukcja dla całkowicie początkujących, wszystko jak krowie na miedzy, do tego żadna przecież beza Pavlova – a jednak fiasko w połowie drogi.

 

Tak jest zresztą z wieloma innymi czynnościami, które uczymy się współdzielić. Wszelkie rutynowe codzienności czasem aż policzkują niedokładnym wykonaniem – mimo dobrych chęci, przyjaznych intencji, nieraz wręcz deklaracji: daj, ać ja pobruszę.
A potem i tak poprawiam, bo tak rozwieszone się wygniecie, tak ustawione nie domyje, na tym programie będzie do ponownego uprania.

I nie mówimy o czterolatkach spontanicznie, choć krótkotrwale dołączających do matczynej krzątaniny.

Zatem dziwię się temu, a czasem zżymam, w chwilach słabości posądzając o złośliwość. Przecież wiedzą, jak to zrobić, zatem czemu robią inaczej?!

Bardzo podobnie jest ze sportem. Czy raczej kibicowaniem zawodnikom. Z poziomu kanapy, nawet jeśli w życiu nie wyszłam na boisko, nie wsiadłam na motocykl/do bolidu czy nie przypięłam sobie nart – w najgorszym razie po kilkudziesięciu minutach obserwowania wiem doskonale, co należało zrobić.
No jak można było to przepuścić? Co on robi? Jaki partacz!

 

Robię czy widzę?

 

Ludzie dokoła nas pudłują, zawalają, nie radzą sobie – ale czemu to potrafi wyzwalać w nas irytację?
Nieco światła rzuca odkrycie sprzed trzydziestu lat. Odkrycie naukowe – doniosłe, choć o wciąż nie do końca rozumianych przez nas konsekwencjach.
Mowa o neuronach lustrzanych. Najkrócej można wyjaśnić je jako grupy komórek nerwowych w mózgu, aktywowanych zarówno podczas wykonywania danej czynności, jak też samego obserwowania jej u innego człowieka (lub zwierzęcia, bo odkrycia systemów lustrzanych dokonano dzięki małpkom**).
Czyli: kiedy kroję chleb, w moim mózgu aktywuje się grupa komórek, którą równie dobrze uaktywni widok innej krojącej chleb osoby.
Mało tego. Jeśli me oczy ujrzą obrazek: chleb, nóż i człowiek, bez żadnej jeszcze czynności, moje neurony lustrzane “od krojenia chleba” zareagują jak powyżej: aktywują się tak, jakbym to ja ten chleb kroiła.

I tu właśnie, w antycypowaniu danej czynności, jest pies pogrzebany.
Albowiem w oczekiwaniu tym projektuję pewien założony efekt, przewidując sposób wykonania czynności. Jeśli sama wykonałam ją już wiele razy i mam w tym wprawę (gofry, chleby i naczynia w zmywarce), moje neurony lustrzane aktywują się według wzorca, który towarzyszyłby mi wykonującą daną czynność, a nie zgodnie z tym, jak jest ona wykonywana przez kogoś innego.
Czyli: patrzę na kogoś krojącego chleb i nie rozumiem, jak można ukroić go tak krzywo. Przecież to proste.

Nie przeszkadza przy tym mojemu mózgowi brak doświadczeń w jakiejś kategorii. Zdawałoby się, że w takiej sytuacji powinien pokornie odczekać, obserwować i uczyć się, ale nie – wyczyny piłkarzy na boisku interpretuje jak swoje własne, dokładając im projekcje i oczekiwania. Mechanizm ten odsyła mnie znów do głębokiego niezrozumienia: jak można było spudłować z takiej odległości? – i szybko podsuwa mi też absurdalny wniosek, że ja bym to zrobiła lepiej.

 

Neurobiologia niezrozumienia

 

Głębszy wniosek płynący z tych naukowych odkryć sprowadza się do założenia, że ludzie nie mogą się prawdziwie zrozumieć, jeśli brak im swoistej wspólnoty doświadczeń.
Dopóki nie spędzę godziny na treningu piłki nożnej, mogę sobie tylko wyobrażać, co ten trening i ta gra oznacza – a nawet przy bardzo wybujałej wyobraźni nie mam szans poczuć tego doświadczenia w pełni.

Dopóki nie spędzisz dnia z kilkorgiem małych dzieci, dopóki nie zostaniesz rodzicem, dopóki nie przygotujesz obiadu, dopóki nie usiądziesz na pół dnia do nauki zdalnej, dopóki nie doświadczysz utraty bliskiej osoby, dopóki nie zachorujesz na jakąś chorobę i nie przejdziesz długiego, wyczerpującego leczenia, dopóki, dopóki, dopóki….

Bazując tylko na własnych doświadczeniach lub wyobrażeniach z nich wypływających nie możemy zrozumieć drugiego. Początkowe banalne przykłady obrazują mechanizmy towarzyszące nam we wszystkich aspektach życia, w sytuacjach głębszych i poważniejszych niż codzienne obowiązki.

Widząc poirytowanie na twarzy bliskiej mi osoby sama doświadczam poirytowania, nawet jeśli wiem, że stoi za nim system neuronów lustrzanych. To zgubne, bo przecież ludzie różnie manifestują emocje, może to “poirytowanie” było jedynie przejawem głębokiego zamyślenia, przeze mnie jako poirytowanie zinterpretowanego.
To przecież taka częsta sytuacja: widzę i słyszę mojego męża przemawiającego w emocjach, u mnie podobne zaaferowanie oznaczałoby gniew, a więc odbieram go jako zagniewanego i unoszę się….

Słyszę narzekania swojego dziecka na to, że ma dziś cztery lekcje i łapię się na myśli: matko, to przecież ledwo ponad trzy godziny i wolne, w czym problem? Wyobrażam sobie siebie, jak od niechcenia niemal biorę w tych lekcjach udział nie rozpraszając się jednoczesnym graniem w gry online czy dyskusjami na czacie – i zupełnie nie mogę spojrzeć na to oczami dziecka, bo patrzę własnymi.

Nie muszę wchłonąć wszystkich doświadczeń świata, aby móc budować więzi z innymi ludźmi – wystarczy, abym pamiętała, że różnice między nami pochodzą z różnych baz doświadczeń. Kluczem nie jest przeforsowywanie swojej optyki, tylko danie drugiemu przestrzeni na jego własną.

 

* Inspiracją dla tego tekstu jest książka dr Marka Kaczmarzyka “Strefa napięć. Historia naturalna konfliktu z nastolatkiem”
** mowa o odkryciu zespołu prof. Rizzolattiego, w sierpniu 1990 roku w Parmie

 

Foto: Unsplash

Czytaj więcej

O niewyrzucaniu dobrego jedzenia

Chcielibyśmy nauczyć się obsługiwać złość, ale zazwyczaj w mętnych wyobrażeniach sprowadza się to do złoszczenia się po cichutku, w kąciku – a po wszystkim ocieramy twarz i uśmiechamy się promiennie do otoczenia.

 

Ta wizja działa też w odniesieniu do naszych dzieci, nawet tych najmniejszych. Na jakimś poziomie żywimy nadzieję czy rościmy oczekiwanie, że po prostu grzecznie i spokojnie powiedzą o swoim zdenerwowaniu i nie będą robić afery.
A jeśli już muszą tą złość wyrażać, to niech to zrobią w cywilizowany sposób. Niech sobie potupią lub ją narysują i najlepiej wyrzucą do kosza.

 

Zła, zła złość!

 

Ten przekaz wrastał we mnie latami. Nie ma co się denerwować. Po co się unosisz? No i po co było się złościć? Po co te nerwy?

 

Obok niego wrastał we mnie drugi przekaz. Jestem przyczyną czyjejś złości. Czegoś nie dopilnowałam, coś powiedziałam, czegoś nie zrobiłam – i ktoś się teraz przeze mnie złości.

 

Nauczyłam się więc dwóch rzeczy. Po pierwsze, złość jest niedobrym uczuciem, które trzeba chować. Po drugie, złoszczą nas ludzie i sytuacje. Trzeba ich/je korygować.

 

I może to nie byłby głupi pomysł na życie, gdyby nie okazał się niemożliwy. Nie mogę kontrolować ludzi i życia tak, aby mnie nie wkurzało. I nie zawsze umiem utrzymać złość na wodzy, czasem ponosi.

Mamy tu klasyczny scenariusz produkcji hollywoodzkiej. Główny bohater doświadcza trudności, próbuje z nimi się mierzyć, jednak bezskutecznie, aż tu nagle pojawia się pomoc w postaci dobrej wróżki, macha różdżką i sprawy przyjmują zaskakująco pomyślny obrót.

 

Dla mnie tą wróżką okazała się Kristen Kristensen, duńska terapeutka rodzinna i trenerka Porozumienia bez Przemocy*
Różdżką zaś był poprowadzony przez nią webinar “Purpose of anger”, co można przetłumaczyć jako cel lub powód złości.
Oba określenia wydają mi się trafne.

Co takiego powiedziała Kristen?
Dla mnie kluczowe były dwie rzeczy.

 

Po pierwsze: nie wyrzucaj złości!

 

To jak wyrzucanie dobrego jedzenia, marnotrawstwo. Złość jest czymś, co nas karmi, odżywia – tylko potrzebujemy nauczyć się ją jeść.
Układ pokarmowy niemowlęcia nie trawi jeszcze wielu składników, niektóre przechodzą przezeń wręcz nietknięte (wie to wielu z tych, którzy mieli okazję przewijać niemowlę wcinające coś więcej niż tylko mleko). Dziecko nie umie jeść pokarmów, więc pobiera je i wydala nie korzystając z ich właściwości.

Tak samo dzieje się, gdy nie umiemy wykorzystać potencjału złości. Nie rozumiemy, że ona niesie informację o tym, co dla nas ważne, oraz siłę, by o to ważne zadbać.
Kiedy nie umiem wykorzystać tego potencjału?
Kiedy drę się i wyżywam na innych, obwiniając ich o swoje położenie.
Kiedy wywalam złość na zewnątrz, kierując agresję w stronę ludzi i obiektów stojących gdzieś na linii ognia.
Kiedy z obawy przed jej mocą chowam ją, nie pozwalam sobie na nią, zabraniam sobie się denerwować, każę jej zamilknąć.

A jak mogę potencjał wykorzystać? Kristen używa cudnego określenia. Przytulić złość jak przybiegające z płaczem dziecko. “Hej, jestem, opowiedz mi, co się stało?”.

Co masz dla mnie cennego pod płaszczykiem tych różnych nieprzyjemnych odczuć, które przynosisz? Co cię tak porusza, dla jakiej sprawy chcesz działać?

 

Po drugie:

Przytulając złość, czynię ją “swoją”. Ona oczywiście i tak jest moja, ale tym działaniem przypieczętowuję naszą współzależność. To nie tak, że moja złość bierze się ze słów bądź czynów drugiej osoby.
To nie tak, że kiedy moje dziecko nie dotrzymuje naszej umowy, to przez nie się złoszczę. I gdyby dotrzymało, to bym się nie złościła. I przestanę, jak ono przestanie.

W takim modelu cała władza i moc jest w rękach mojego dziecka. Ono jest odpowiedzialne za to, jak ja się czuję. I dopóki nie skłonię go do innego postępowania, nie poczuję się lepiej. Jestem ofiarą decyzji drugiej osoby.

(Odkąd sięgam pamięcią, chciałam uwolnić się od takiej zależności – marzenie każdego chyba dziecka – a tymczasem mijają dekady i nic miałoby się nie zmienić?).

Kiedy przytulam złość, odzyskuję swój wpływ. Ona jest moja, a ja jej i nikomu nie oddam mocy z niej płynącej. Chcesz dotrzymać umowy? Cudnie.

Nie chcesz? Ok, mniej cudnie, ale umiem zatroszczyć się o siebie i znaleźć rozwiązanie poza tobą.
Nie, nie będę się obrażać, nie pójdę sobie do innej piaskownicy ani nie wezmę sobie dziecka, które dotrzymuje umów. Po prostu upewnię się, co mogę zrobić dla siebie wiedząc, że dziecku wywiązywać się z takich uzgodnień może być trudno.
Może wymyślę plan B?
Może uznam, że to nie jest takie istotne dla mnie?
A może odkryję, że nie chodzi o samą umowę, ile o przekonanie, że skoro nie jej dotrzymuje, to z braku szacunku wobec mnie? I może zechcę zobaczyć fakty, które przeczą temu przekonaniu?

 

Wartością dodaną brania złości z czułością na kolana jest to, że im więcej mam odpowiedzialności za swoją złość, tym mniej jej biorę za czyjąś.

 

I kiedy ktoś obok mnie się złości, a ja mam jakiś w tym swój udział, uczę się pamiętać, że to jego złość, nie moja.

 

Chcesz nauczyć się zachowywać spokój w trudnych momentach?

Ruszyła WYPRZEDAŻ mojego najpopularniejszego kursu online MAŁE WIELKIE EMOCJE.

To już ostatnia edycja tego kursu, w którym do tej pory wzięło udział kilkuset uczestników.

Kurs możesz kupić taniej o 100 zł tylko do niedzieli 6. grudnia 2020.

Przeczytaj, co o kursie mówią jego uczestnicy

Foto: Unsplash
*Porozumienie bez Przemocy – empatyczny język komunikacji, stworzony przez Marshalla Rosenberga.

Czytaj więcej

Drogi Gościu!
Aby móc dopasować sposób korzystania ze strony
oraz aby móc ulepszać funkcjonalność mojej strony i dostarczać Tobie coraz lepsze usługi, potrzebuję Twojej zgody na dopasowanie funkcjonalności strony do Twojego zachowania.
Pamiętaj, że dbam o Twoją prywatność i bez Twojej zgody nie zwiększę zakresu tych uprawnień. Zgodę na ich przetwarzanie możesz wycofać w każdej chwili – szczegóły znajdziesz na podstronie Polityki Prywatności.

Zgodnie z przepisami prawa, w tym w szczególności na podstawie art. 13 ust. 1 Rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (powszechnie określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”), pragnę poinformować o przetwarzaniu Twoich danych i o zasadach przetwarzania. Po wyrażeniu przez Ciebie zgody i kliknięciu w pole Zgadzam się będę zbierać dane osobowe, w ramach korzystania przez Ciebie z moich stron internetowych, serwisów i innych funkcjonalności portalu/strony internetowej, w tym zapisywanych w plikach cookies. Administratorem Twoich danych osobowych jest Małgorzata Musiał prowadząca działalność gospodarczą pod firmą Vivens Małgorzata Musiał, ul. Leszczyńskiego 103/19, 85-137 Bydgoszcz, wpisaną do CEIDG, NIP 8451689976, REGON 790283865. Twoje dane osobowe przetwarzane będą w celach określonych w mojej Polityce Prywatności, w szczególności abym mogła: – zapewnić Ci większe bezpieczeństwo usług, w tym aby wykryć boty, oszustwa i nadużycia, – dokonywać pomiarów, które pozwalają mi udoskonalać moje usługi. – jeżeli wyrazisz na to dodatkową zgodę – również w celu marketingu bezpośredniego, Twoje dane osobowe będą lub mogą być przekazywane do podmiotów realizujących usługi na moją rzecz, moich podwykonawców oraz podmiotów uprawnionym do uzyskania danych na podstawie obowiązującego prawa np. sądów lub organy ścigania – oczywiście tylko gdy wystąpią z żądaniem w oparciu o stosowną podstawę prawną. Masz prawo do żądania dostępu do danych, sprostowania, usunięcia lub ograniczenia ich przetwarzania. Możesz także w każdym czasie wycofać zgodę na przetwarzanie danych osobowych, zgłosić sprzeciw wobec dalszego przetwarzania oraz skorzystać z innych praw wymienionych szczegółowo w Polityce Prywatności, która opisuje również w jaki sposób możesz poinformować mnie o swoim żądaniu. Podstawą prawną przetwarzania Twoich danych w celu świadczenia usług, w tym analizowania ich i udoskonalania oraz zapewniania ich bezpieczeństwa jest niezbędność do wykonania umów o ich świadczenie. Z kolei taką podstawą prawną dla pomiarów statystycznych i naszego marketingu własnego jest tzw. uzasadniony interes administratora. Przetwarzanie Twoich danych w celach marketingowych mojej firmy, jak również podmiotów trzecich będzie odbywać się na podstawie Twojej dobrowolnej zgody. Wedle mojej najlepszej wiedzy wdrożyłam wszelkie środki bezpieczeństwa i ochrony danych osobowych wymagane przez przepisy prawa w zakresie ochrony danych osobowych, zaś Twoje dane osobowe są przetwarzane z należytą starannością i odpowiednio chronione przed dostępem do nich przez osoby do tego nieupoważnione. Wszelkie postanowienia dotyczące ochrony danych osobowych oraz plików cookies znajdziesz również w Polityce Prywatności. Dlatego też proszę kliknij przycisk „Zgadzam się” jeżeli zgadzasz się na przetwarzanie Twoich danych osobowych zbieranych w ramach korzystania przez Ciebie z moich usług, w tym ze stron internetowych, serwisów i innych funkcjonalności, udostępnianych zarówno w wersji „desktop”, jak i „mobile”, w tym także zbieranych w tzw. plikach cookies przez Małgorzatę Musiał prowadzącą działalność gospodarczą pod firmą Vivens Małgorzata Musiał, ul. Leszczyńskiego 103/19, 85-137 Bydgoszcz, wpisaną do CEIDG, NIP 8451689976, REGON 790283865 Wyrażenie zgody jest dobrowolne i możesz ją w dowolnym momencie wycofać pisząc wiadomość e-mail na adres m.musial@dobrarelacja.pl