Richard Louv – “Ostatnie dziecko lasu”

OstatnieDziecko120px

Richard Louv – “Ostatnie dziecko lasu”

wyd. Relacja 2014

Plac zabaw w tygodniu, popołudniu. Maluszki bawią się w piaskownicy, nadchodzą dwaj starsi (ok 12 lat) chłopcy, siadają na ławeczce.
-”Rodzice mi kazali wyjść na dwór. Za długo grałem na kompie” – skarży się jeden z nich.
Siedzą tak dobrych parę minut. Rozmowa się nie klei, zajęcia nie potrafią sobie znaleźć.
– “Ale nudy! Idę do chaty” – stwierdza ten wygoniony i odchodzi.

Chyba wszyscy mają już świadomość, że obecnie dzieci za mało czasu spędzają aktywnie, na świeżym powietrzu. Za dużo gier, internetu, telewizji.
Może nawet próbujemy coś z tym zrobić, ale same dzieci nie potrafią odnaleźć się w świecie bez technologii. Brakuje nam czasu, możliwości, pieniędzy na to, by pomóc im odkryć piękno przyrody i płynącą z niej uzdrawiającą nasze skołatane zmysły moc. W końcu ograniczamy się do okazjonalnych spacerów w pobliskim parku, a dzieci posyłamy na zorganizowane zajęcia sportowe – z nutką żalu wspominając od czasu do czasu smaki i zapachy swojego dzieciństwa. Cóż, takie czasy.

Przeczytanie tej książki wywróciło moje myślenie o naszej ludzkiej, głęboko zakorzenionej potrzebie kontaktu z przyrodą. Miałam już wcześniej świadomość, że tego potrzebujemy, ale dopiero Louv zamienił moje przekonanie z intuicyjnego na bardzo konkretne i merytoryczne. Nie chodzi o okazjonalne spacery. O wakacje w górach raz do roku. O zwiedzanie zoo z przewodnikiem. O bieganie po boisku czy placu. Owszem, to dobre aktywności, ale potrzeba więcej! A nade wszystko potrzeba dzieciom niekierowanego, nieskrępowanego kontaktu z przyrodą, ich własnych tajemnych miejsc, ich intymnych doświadczeń.
No, tego to się już w ogóle dzisiaj nie da zrobić? Louv nie pozostawia nas w bezdennej otchłani rozpaczy, udowadniając przez ileśset stron, jak ważna jest ta potrzeba przebywania na łonie natury. Daje konkretne wskazówki, co możemy zrobić już dziś, od zaraz. Co możemy zaplanować na jutro, a co na jeszcze później, uwzględniając stosowne przygotowania.

Czytanie tej książki przypominało mi momentami przedzieranie się przez dzikie chaszcze. Bywało męczące i nużące – nabyta sumiennność nie pozwoliła mi ominąć fragmentów opisujących szczegółowo sytuację prawną w Stanach Zjednoczonych lub ich rozwiązania edukacyjne. Nie wiem, na ile będzie to interesujące dla “przeciętnego” jak ja czytelnika, choć przyznaję, że daje niezły obraz tego, co się z przyrodą i naszym podejściem do niej dzieje globalnie. “Ostatnie dziecko lasu” jest jedną z grubszych książek na mojej rodzicielskiej półeczce, a spokojnie mogłoby być cieńsze i nie stracić nic a nic na atrakcyjności 🙂

Bardzo natomiast podobał mi się dodatek proponujący zajęcia na łonie przyrody – dla całej rodziny. Konkretny, dający poczucie – wiem, od czego mogę zacząć. Jest światełko w tunelu.

Moja mama miała dzieciństwo idealnie związane z przyrodą. Miała okazje poznawać jej zachwycające piękno oraz okrutną i bezwględną siłę. Nauczyła się czuć przed nią respekt i nauczyła się ją adorować wszystkimi zmysłami.
Ja dostałam już tylko część jej możliwości – dla mnie przyroda nie była na wyciągnięcie ręki.
Moje miejskie dzieci mają już tylko namiastkę. Okazjonalne, sporadyczne kontakty z Matką Naturą. Ostry Zespół Deficytu Natury.
Do niedawna myślałam o tym z żalem. Dziś wiem, że tak nie musi być – i za to wielkie dzięki, panie Louv!

 

Powrót do poprzedniej strony