Kalendarium pewnego przypadku

Sierpień
Rutynowy bilans iluśtamlatka. Skierowanie do okulisty; rządki mniejszych literek przysporzyły trudności, lepiej to skonsultować.

 


Styczeń
Nadchodzi wyczekiwana wizyta. Szybko, dość szorstko, nieudana próba dokładniejszego zbadania (jak ona nie chce sobie dać zapuścić kropli, proszę to zrobić w domu). Wracam z receptą na środek, który umożliwi badanie za jakiś czas.


Luty
Krople powinny być podawane przez pięć dni, rano i wieczorem. Każdego dnia zajmuje to dobre 40 minut, dwa razy dziennie. Już się wydaje, że to mamy, że pójdzie gładko, i wtedy córka zaciska oko, odwraca głowę, protestuje.
Szybko mam gęsią skórkę na samą myśl o tej procedurze. Ratuję się długą rozmową ze znajomą trenerką NVC, karmiąc nadzieję, że podpowie coś, co pomoże nam nakłonić córkę, aby z radością i lekkością poddawała się temu zabiegowi.
Oczywiście, trenerka nie podpowiada, stwarza za to przestrzeń, by ze łzami popłynęła moja bezsilność i zmęczenie. Jakoś dociągamy do końca.


Badanie niczego nie wykazuje. Proszę przyjść za jakiś czas do kontroli. Ponieważ pani doktor jest bardzo obcesowa i wizyta kosztuje zarówno mnie, jak i córkę, mnóstwo stresu, zmieniamy lekarza. Oczywiście wówczas “wypadamy z kolejki” i na nowo rozpoczynamy oczekiwanie na wizytę. Nie szkodzi, przecież i tak wszystko jest ok.


Sierpień
Jadę z dziećmi na koncert. Tuż przed centrum kultury cieszę się “O, są wolne miejsca na parkingu podziemnym”.
“Skąd to wiesz?” pyta córa.
“Widzę na tablicy, popatrz”.
Wielke, czerwone, neonowe litery układające się w upragniony wyraz “WOLNE”. Widoczne z daleka.
“A, to ja widzę tylko czerwoną plamę”.
Wizyta u okulisty dopiero w grudniu.


Grudzień
Nowa pani doktor jest rzeczowa i uprzejma. Jednak i ona, aby zbadać oko, chce zapuścić krople. Znów pięć dni podawania ich w domu.
Wychodzę z nadzieją, że córka jest już rok starsza, może będzie łatwiej.

Luty
Jest nie tylko nie łatwiej, ale wręcz gorzej. Jakby wcześniejsze doświadczenia kładły się cieniem na tych obecnych próbach.
Któregoś wieczoru, zmęczona i całym dniem, i narastającą sytuacją, wobec oporu córki i z poczuciem “Musimy to zrobić, wzrok się pogarsza, nie ma czasu” – przytrzymuję ją zdecydowanym gestem, usiłując otworzyć oko i dokonać inwazji.
“Mamusiu, proszę, nie rób tego!” płacze przerażona.
Dostaję obuchem w głowę.
Gdzie ja jestem i co wyprawiam?!
Tak całkowicie skupiłam się na współpracy z lekarzem, że zapomniałam o swoim dziecku. Parłam, by wykonać misję, po trupach do celu, siłowo, bez skrupułów – bo trzeba i już.
Owszem, była tam troska o jej zdrowie, ale o tylko jeden jego aspekt – ten fizyczny. Zdrowie emocjonalne jakbym odłożyła na najwyższą półeczkę i zamknęła dokładnie.
Zamykając przy okazji swoje serce.

Odkładam krople, przez najbliższe kilka dni jestem rozbita. Już wiem, że nie będę się kopać, ale nie widzę zupełnie pomysłu, jak to zrobić inaczej.
Zatem piszę na fejsie. Drodzy znajomi, sytuacja jest taka i taka, pomóżcie spojrzeć inaczej, bo się zapędziłam.
Znajomych mam niemało i różnych – dzielą się wiedzą, doświadczeniami, strategiami. Odnajduję światełko w tym krętym tunelu.

Wiem, że przede wszystkim potrzebujemy czasu. Na umówioną wizytę idę sama, przedstawiam sytuację i pytam, ile czasu mamy. Czy to badanie jest pilne, czy mamy kilka-kilkanaście tygodni?
Mamy. Wprawdzie im szybciej, tym lepiej, ale dramatu nie będzie.
Uff.
Córkę zapewniam, że odtąd nic bez jej zgody. Jeszcze nie wiem, jak działać, ale czuję lekkość i spokój.

Marzec
Usilnie szukam miejsca, sposobu na bezprzemocowe podanie kropel. Niestety, dokądkolwiek się udaję, słyszę zapewnienia, że z takimi “opornymi przypadkami” pielęgniarki potrafią sobie świetnie poradzić. Siłowo.
Bo inaczej się nie da.
Ja już wiem, że tak nie chcę, jednak krąg możliwości niebezpiecznie się zawęża i znów zaczynam czuć dławiący oddech czasu na karku.
I wtedy, jakimś przypadkiem, jestem w przychodni przy okazji czegoś innego, odwiedzam pielęgniarkę okulistyczną i pytam ją, czy mi coś poradzi. Mam dziecko, które bardzo się boi, jest po nieprzyjemnych doświadczeniach, psycholog zalecił rozwiązania niesiłowe, a ja nie mam pomysłu.
Pielęgniarka początkowo nie wie, co mi poradzić, a potem mówi coś, co nas uratuje.
“Ja podaję w takich sytuacjach krople do kącika zamkniętego oka, potem proszę o otwarcie go, i płyn ładnie wpływa do oka. W taki sposób dzieciom jest łatwiej”.
To jest to! Kiedy rozmawiałam z córką wcześniej, mówiła, że najtrudniejszy jest dla niej moment czekania z otwartym okiem na spadającą kroplę. W ogóle nie wpadłam na to rozwiązanie, trochę przekonana, że skoro na samym początku zostałam poinstruowana, aby wpuszczać do otwartego oka, to tak ma być i już.
Znów bezrefleksyjnie współpracowałam z lekarzami i pielęgniarkami, zamiast wziąć pod uwagę dziecko. Tymczasem najprostsze rozwiązanie miałam tuż przed nosem – teraz, kiedy to piszę, nie dowierzam, jak mogłam go nie widzieć!
Ale nie widziałam.
Wracam do domu pełna nadziei, zaczynamy ćwiczyć oswajanie z kroplami – w tej roli występuje sól fizjologiczna. Każdego wieczora trenujemy – zaczynając od upuszczania ich na różne części twarzy. Dziś nosek, jutro czoło, pojutrze broda. Dwa tygodnie dochodzimy w ten sposób do rejonu oka – ściska mnie w środku, gdy widzę, jak spięta i zestresowana jest moja córka, jaki bagaż dźwiga. Nie wyprzedzam jej ani o włos, nie robię niczego, na co nie da mi zgody. To jej ciało, ona decyduje.



Kwiecień, maj i czerwiec
Ćwiczymy wytrwale. Pod koniec wydaje się być świetnie przygotowana do czekającego ją zadania – jednak kiedy zjawiamy się w przychodni, w gabinecie pielęgniarki pęka i zaczyna płakać. Nie pozwoli sobie nic zrobić. Pielęgniarka, uprzedzona, że ma przed sobą człowieka po przejściach, reaguje empatycznie i bardzo delikatnie. Podsuwa nam rozwiązanie na przyszłość – mogę sama zapuszczać jej krople przed wizytą, pilnując odstępów czasowych. Córka potakuje, że w takiej konfiguracji będzie jej bezpieczniej.
Wychodzę pokrzepiona. Nie udało się, ale zostałyśmy zrozumiane i potraktowane poważnie. Jednak moje dziecko płacze.
“Mamo, ja naprawdę chciałam, naprawdę!”
“Jesteś zła na siebie?” – pytam z niepokojem.
“Nie, jestem po prostu smutna”.
Dobre chociaż to, że się nie obwinia.

Niestety, kolejna wizyta jest możliwa dopiero w listopadzie. Tak jest, gdy się wypadnie z kolejki.



Listopad
Wizyta tuż tuż, pojawia się więc obawa, jak to będzie. Córka martwi się, że krople będą miały nieprzyjemne skutki działania – sól fizjologiczna, z którą ćwiczyłyśmy, była jednak obojętna. Nie umiem jej nic powiedzieć, nie znam tego stanu.
Ja martwię się, że kolejny raz nie dam rady przejść niepowodzenia. Dociera do mnie, jak bardzo trudne jest dla mnie to, co się dzieje przez te miesiące.
Nadchodzi dzień wizyty. Mamy rozplanowaną całą trasę z domu do przychodni – w jakich miejscach trzeba się zatrzymać, by podać krople w odpowiednich odstępach czasu i pojawić się o wyznaczonej godzinie.
Jedzie z nami mnóstwo emocji, ale już na pierwszym postoju wiem, że damy radę. I dajemy.
Wizyta przebiega bezproblemowo, badanie jest już pestką. Wychodzimy z precyzyjnie określoną wadą i receptą na okulary.
Córka zmęczona, ale dumna i blada.

Ja zmęczona, ale szczęśliwa, że znalazłam drogę, by ją wesprzeć.


Posłowie
Opisałam to wszystko, by podzielić się naszym doświadczeniem. Doświadczeniem, które pokazuje, że możliwe jest zatrzymanie się, danie sobie czasu i poszukanie takiej strategii, która zadba i o zdrowie fizyczne, i emocjonalne.
Bo to drugie jest często bagatelizowane.
Czytam tu i tam, że kiedy idzie o zdrowie, to rodzice działają bezkompromisowo.
Zęby mają być umyte, ręce też, pielucha zmieniona, szczepionka podana.
Tylko że w tych sytuacjach nie ma zazwyczaj bezpośredniego zagrożenia życia czy zdrowia (to nie jest tak, że jak przez kilka dni nie umyjemy zębów, stajemy się dożywotnio najlepszymi pacjentami dentystów).
Jest natomiast spore ryzyko przekroczenia tej granicy cielesności, intergalności dziecka, która w zamyśle ma je chronić.
Nie chcę wskazywać, że któryś z tych priorytetów (zdrowie ficzyczne czy emocjonalne) jest ważniejsze. Według mnie oba są szalenie ważne i nie warto żadnego z nich poświęcać w imię drugiego.
Problem pojawia się, gdy zaczynamy wierzyć, że jest tylko jeden sposób na zadbać o zdrowie. I że jest nim użycie siły.
Jednocześnie wiem doskonale, że są sytuacje, w których ta siła ochronna jest konieczna. Bo dba o życie i zdrowie tu i teraz zagrożone.
Jednak doświadczyłam, że gdzie tylko można, warto podnieść głowę i rozglądać się za innymi rozwiązaniami.
Im więcej autonomii, tym więcej współpracy.

 

Foto: Ze zbiorów Unsplash

19 myśli na temat “Kalendarium pewnego przypadku

  1. Ależ to jest ważny wpis!! Bardzo ci za niego dziękuję.

    1. Irmina pisze:

      Niedawno dopiero rozpoczęliśmy szczepienia, mój syn ma teraz 13 miesięcy i bardzo nie lubi tego zabiegu. Co mogę zrobić , jeśli jedynym słowem pielęgniarki jest:”Proszę do mocno trzymać” A lekarz prowadząca badając gardło mówi: proszę przytrzymać głowę” . Boli mnie to, ale muszę znać jakieś inne alternatywy, wtedy może będę miała odwagę zaoponować.

      1. Alicja pisze:

        Gosiu, powiedz mi proszę..bo widzę, ze prawie 2 lata Wam to zajelo…jak dobrze liczę…a co byłoby gdyby to była choroba zakaźna…i dziecko nie mogłoby z nią chodzić do placówek kontaktować się z dziećmi i nie chciałoby przyjmować leków,bolesnego/nieprzyjemnego leczenia…

        1. Dobra Relacja - M.Musiał Dobra Relacja - M.Musiał pisze:

          Wtedy nie miałybyśmy tyle czasu. Kiedy córka leżała w szpitalu z podejrzeniem bardzo niebezpiecznej choroby, to nie miałyśmy czasu i ratowałyśmy się znanymi wcześniej technikami medytacyjnymi na obniżanie poziomu niepokoju, towarzyszyłam jej i zapewniałam, że będę wspierać. Raz, pod sam koniec, zdecydowałam się skorzystać z siły ochronnej, bo sytuacja była patowa – potem rozmawiałyśmy o tym, i ona sama przyznała, że to było jedyne wyjście, bo jej panika narastała i nie umiała sama z niej wyjść.
          Zatem – działanie jak najdelikatniejsze i najbardziej wspierające w warunkach, które mamy i możliwościach, które nam dano.

  2. kacha pisze:

    To jest bardzo ważny wpis i chciałabym żeby trafił do wszystkich rodziców. Większość zabiegów medycznych wcale nie musi boleć i nie boli gdy zrobimy to z szacunkiem do dziecka i w odpowiedni sposób. Moja córka w wieku 3,5 roku rozwaliła sobie łuk brwiowy, przez 15 minut drogi do szpitala dokładnie opowiadałam jej co po kolei będzie miała robione. Tłumaczyłam krok po kroku- badanie, znieczulenie, szycie, kto tam bedzie, co sie bedzie dokładnie działo, kiedy bedzie bolalo a kiedy juz nic nie bedzie czuła. Moja córka przestała płakać przed wejsciem do gabinetu, w trakcie całego zabiegu (a było to założenie 6 szwów) nawet się nie poruszyła, nikt jej na siłę nie trzymał, ona nie płakała. Jej reakcja przeszła moje oczekiwania ale i stała się dowodem na to że to naprawde tak działa- dzieci należy traktować poważnie i z szacunkiem i najważniejsze – nie okłamywać, że nie bedzie bolało, że ma być odważne bo przecież chodzi juz do przedszkola etc… to nie pomaga…

  3. Dobrze że mogliście czekać, moja 4 letnia córka niestety nie miała czasu na takie podejście, bo zanikały jej nerwy wzrokowe. Z dnia na dzień musieliśmy zakrapiać jej oczy w sumie 9xdzienne! Nie wiem czy potrafisz to sobie wyobrazić, jej strach i panika na widok kropli była podobna jak u Twojej córki. Szczególnie bo badaniach wykonanych w szpitalu, owijaniu w prześcieradło, unieruchanianianiu, zakładaniu rozpórek do oczu… Ja mam po tym doświadczeniu traumę, co dopiero moja córka. Po 2 miesiącach zakrapiania przyzwyczaiła się i przestała walczyć… Nie zawsze, pomimo szczerych chęci można pozwolić sobie na czekanie. Nie zmienia to faktu że gratuluję i podziwiam za wytrwałość 🙂

    1. Dobra Relacja - M.Musiał Dobra Relacja - M.Musiał pisze:

      Wyobrażam sobie strach, bezsilność, frustrację i zagubienie po obu stronach. I smutno mi, że to doświadczenie było Waszym udziałem.
      Tym bardziej myślę, że gdyby świadomość i otwartość na inne niż przemocowe metody, była powszechna, gdyby to lekarze i pielęgniarki mieli strategie z tego obszaru – nawet w przypadku niewielkiej ilości czasu wszystkim byłoby łatwiej.
      Chciałabym, żeby tak właśnie było.

      1. Ania pisze:

        Niestety i my miałyśmy trudne przejścia okulistyczne. Pielęgniarki na oddziale się nie patyczkują, jak w fabryce robią co mają wpisane w kalendarz. Serce rozpadało się na miliony gdy patrzyłam na te siłowe rozwiązania.w dniu wypisu opisalam córce (3,5 lat) badanie, bo będzie robione, że już kropli nie bedzie, że tylko oglądanie… zrozumiała, powiedziała że da zbadać.poprosila tylko by robić to na siedząco jak jedna z lekarka to robiła. I wszystko było ok.tyle że ordynator kazał się położyć.nie interesowało to że dziecko prosi, że da zbadać, że ma tylko ten jeden postulat.skonczylo się na położeniu,przytrzymaniu przez pielęgniarki i siłowym otwarciu oka… dziecko splakane, lekarz wkurzony… A mogło być tak zwyczajnie…

  4. monika pisze:

    Mój syn ma ogromny strach przed dentystą, ja doskonale to rozumie… Szukałam zatem najlepszego rozwiązania. Było kilka wizyt u różnych coraz bardziej empatycznych lekarzy ale kończących się trudnymi emocjami bo nie dał rady otworzyć buzi a my specjalnie na wizytę u stomatologa wzięliśmy dzień wolny z pracy. Był gabinet uśmiechu, i nic. W końcu, w środku nocy wrzask, płacz z bólu. Zebrała się ropa, więc trzeba było działać natychmiast. Pojechaliśmy wówczas na pogotowie, gdzie wytłumaczyłam pani doktor jak sprawa wygląda. Usiadłam z synem na fotelu nie mając totalnie zgody na to co się tam zaczęło wydarzać… Ja z całej siły go przytrzymywałam a kobieta zaciskała mu nos tak żeby nie mógł oddychać i otwierał usta, by zaczerpnąć powietrza. Byłam wściekła, ze odbywa się to ratowanie od bólu w tak okrutny sposób. Gdy wyszliśmy z gabinetu (oboje bardzo zmęczeni) przeprosiłam syna za to, co przed chwilą miało miejsce. A On z uśmiechem na twarzy stwierdził, że to jest to i poprosił żebyśmy zawsze chodzili do tej dentystki. Bądź tu człowieku mądry…

  5. Honorata pisze:

    Bardzo Ci dziękuję za opisanie tego doświadczenia. Ja mam takie straszne wewnętrzne ciśnienie z myciem zębów- może dlatego, że sama miałam z zębami problemy od wczesnego dzieciństwa. I mam gdzieś wbite w głowę, że zęby absolutnie muszą być umyte wieczorem… Ciężko wytłumaczyć niespełna 3-latkowi długofalowe skutki niemycia zębów… I tak, zdarzało mi się umyć mu zęby na siłę- mam nadzieję, że ostatni raz…

    1. Joanna pisze:

      Ja podtawilam sprawe jasno, ze bez mycia zebow nie bedzie ciastek czy nawet mleka na dobranoc i podzialalo. Oczywiscie przedtem bylo tlumaczenie w stylu beda zeby bolaly, bedzie trzeba isc do dentysty i robic bolesne zabiegi a nie krotki przeglad jak dotad. Oczywiscie te szantaze ciastkowe nie sa moimi ulubionymi ale pomagaja w kwestiach zywieniowo-dentystycznych.

  6. Ania 24 pisze:

    Dziękuję za ten wpis. Bardzo poruszający, komentarze zresztą też. A co z niemowlętami/ mniejszymi dziećmi, z którymi trudno jeszcze o układanie strategii? Czy ktoś ma jakieś strategie na szczepienia /pobieranie krwii/ badanie dna oka u takich maluszków?

  7. W straszne poczucie winy wpędził mnie ten artykuł. Ja nie miałabym tyle cierpliwości.

    1. Dobra Relacja - M.Musiał Dobra Relacja - M.Musiał pisze:

      Poczucie winy, czyli jakiś rodzaj żalu, że się podobnie nie robiło? Czy powinności, że tak “trzeba” robić, a nie ma się zasobów, albo nie wpadło się na taki pomysł?

  8. Podziwiam i zazdroszczę. Podejścia, cierpliwości, ..sukcesów.
    A jednak mam pewne wątpliwości. Bo świat się z nami nie obchodzi łagodnie. Ludzie są coraz bardziej zamknięci na drugiego człowieka i nie mają czasu na empatyczne podejście (mam na myśli dorosłe życie, relacje w pracy, czy nawet u lekarza). Nie masz obaw, że.. jakby to ująć .. Twoje dziecko nie będzie odpowiednio zahartowane w boju? Przecież jako dorośli nie zawsze mamy czas by oswoić się z sytuacją i opanować swoje lęki.
    Przyznaję otwarcie – krople podawałam przemocowo. Mąż najpierw przy pierwszym zapaleniu spojówek prosił, tłumaczył (dziecko ok 2-3 lat, nie pamiętam dokładnie) – skutek? Opakowanie kropli zużyte, a oko w jeszcze gorszym stanie. Druga wizyta i antybiotyk o jeszcze większym spectrum, bo na tamten już uodpornione bakterie. Jak podawałam – nie opiszę, bo pewnie niektórzy by mnie o przemoc w rodzinie oskarżyli, ale dziecko po pierwszym razie samo stwierdziło, że nie było tak źle. Kolejnego razu wiedziało, że lek musi zostać podany – jak, zależało od podejścia dziecka. Wybrało, że najpierw krople dostanie ukochany miś (sól fizjologiczną), później dziecko. Z oporami, ale bez większych kłopotów jakoś się udawało.
    Ja się po prostu zastanawiam, czy nie lepiej nauczyć od małego, że są sytuacje, że jest mus i tyle, a dyskusja tylko przeciąga sprawę w czasie..
    Tak czy inaczej – po Twoich wpisach mam czasem doła, jak sobie uzmysłowię jak nieosiągalny jest dla mnie pewien poziom w byciu mamą.

    1. Dobra Relacja - M.Musiał Dobra Relacja - M.Musiał pisze:

      W tej chwili już nie mam takich obaw, bo dzieci urosły na tyle, że widzę, jak im służy taki rodzaj delikatności i wsparcia. Że rozkwitają i potrafią same dla siebie zrobić to, co do tej pory my robiliśmy dla nich.

      I tak, są sytuacje, w których jest mus, bo jest zagrożenie życia/zdrowia. I tak, proszenie dziecka nie zawsze zdaje egzamin, bo ono po prostu bardzo się boi – i potrzeba umiejętnego wsparcia, nie prośby.
      Jednak wszędzie tam, gdzie tylko można, moim zdaniem warto nie naciskać i szanować dziecięcą autonomię. Szukać rozwiązań, które będą łagodniejsze, po to, żeby dawać dziecku (i sobie) zaufanie, że często da się inaczej. Że nie musi być na siłę. Żeby oszczędzić niepotrzebnego przerażenia, utraty poczucia wpływu, bólu i stresu.

      A ten dół daje się przekształcić w coś konstruktywnego? Czy tylko odbiera siły i nadzieję?

  9. Aleksandra pisze:

    Tłucze mi się pod głowie pytanie: skąd wiedziałaś, że masz czas? Że to badanie można odwlec tak bardzo, jeśli to miało być pierwsze, diagnozujące badanie? Nie czułaś, że to nie w porządku wobec córki, że dwa lata źle widzi? Mój brat miał zdiagnozowaną wadę wzroku przez przypadek jako przedszkolak (wieki temu, to już człowiek w średnim wieku), ale nie pamięta w ogóle badania czy kropli (które na bank były), ale pamięta wielką ulgę i radość, że w końcu COŚ WIDZI. Zastanawiam się, czy miałabym w sobie odwagę, by moje dziecko nie było leczone przez tak długo. Ja sama mam problemy z kręgosłupem i od dziecka chodziłam do ortopedów. Czy było to przyjemne? Wcale. Czy leczenie musiało być od razu? Nie, to “tylko” wada postawy. Ale jednak im wcześniej zaczęta rehabilitacja tym lepiej. Ja bym nie chciała, żeby moja mama dwa lata zwlekała z leczeniem, bo w tym czasie wada by się pogłębiała…
    Jak zważyć zdrowie fizyczne i psychiczne? Tu uznałaś, że to drugie jest ważniejsze, jednocześnie pozwoliłaś, by twoja córka dwa lata źle widziała, a nieznana wada mogła się w tym czasie pogłębić… Ja bym tak nie potrafiła, bo uważam, że to nie w porządku wobec dziecka. Mimo wszystko.

    1. Dobra Relacja - M.Musiał Dobra Relacja - M.Musiał pisze:

      Ja uznałam, że nie w porządku jest wobec dziecka robić to na siłę i przemocą. Konsultowałam z lekarzem stopień pilności diagnozy i usłyszałam, że mamy ten czas. Gdyby zdanie lekarza czy lekarzy było inne, sytuacja wyglądałaby inaczej.
      Córka nie widziała źle, nie wpadała na przedmioty, nie miała trudności w codziennym byciu – ten wzrok miała słabszy o tyle, że nie widziała z pewnej odległości, ale nie wpływało to znacząco na jakość jej życia.
      Nie potrafiłabym siedzieć z założonymi rękami i zbywać, bagatelizować. Nie chciałabym zaniedbać. Ale w swoich dążeniach nie wybrałam zdrowia psychicznego przed fizycznym, tylko oba jednocześnie.
      Byłoby jednak cudownie, gdybyśmy i ja, i personel medyczny, mieli takie zasoby, by zadbać o to wcześniej i bardziej wspierająco.
      Mi to doświadczenie takie zasoby na przyszłość daje.

  10. Weronika pisze:

    Mam takie wrażenie, że ten brak wrażliwości przy tematach zdrowotnych i pielęgnacyjnych zaczyna się, gdy dziecko jest niemowlakiem… I naprawdę nie da się porozmawiać, wytłumaczyć… a pieluchę zmienić trzeba 😐

    I właśnie mam wyzwanie przed sobą, bo córka pokochała obroty, najchętniej na przewijaku… A ja zauważyłam, choć strasznie mnie to zdziwiło, że denerwuje mnie to. Nie chcę się z nią szarpać, nie chcę przewijać na siłę, nie chcę usprawiedliwiać u siebie takich działań. Liczę do 10ciu, powtarzam sobie, że jestem kwiatem lotosu na tafli jeziora, oazą spokoju i nigdzie się nie spieszę. Obracam na plecy po dziesiątki razy, trenuję zapinanie pieluch w nowych konfiguracjach…

    Podobny problem mam z wyciąganiem glutków z nosa przy pomocy aspiratora – mała tego nie lubi, wygina się, ucieka… Próbuję zrobić z tego zabawę i póki dotykam policzka, czoła, to jest śmiech i zabawa, a jak dotykam nosa, to znowu ucieczka…

    Najgorzej jednak ze szczepieniem. Tutaj mam wrażenie, że nie mam w ogóle wpływu na to, co się dzieje. Pielęgniarka nie należy do tych łagodnych – dla niej to jest “proszę przytrzymać”, zastrzyk i do widzenia… A mała ryczy jakby ją ze skóry obdzierali 🙁 Nie mam jak porozmawiać, mogę tylko tulić 🙁 Nie chcę zmieniać przychodni, bo pediatra jest za to wspaniałą kobietą…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *