Autentycznie

Kiedy rodzic naczyta się mądrych książek, weźmie udział w wielu szkoleniach i w ogóle dużo czasu poświęca refleksjom nad wychowywaniem dzieci, to zdarza się, że sporo wie. Wie, czego dzieci potrzebują, czemu zachowują się tak a nie inaczej, wie, jak należy postępować, a jak lepiej nie. No, w jakimś stopniu wie to wszystko – lepiej lub gorzej.

Wie na ten przykład, że pięcioletniemu dziecku warto dać zupełną dowolność w kwestii ubioru. Jasne, jasne, wiadomo – ubrania muszą być adekwatne do pogody, ale niech sobie młody człowiek sam komponuje zestawy, wybiera dodatki, określa styl. Rodzic wie też, że warto być otwartym na to, co mówią dzieci. Jeśli naprawdę na czymś im zależy, coś jest dla nich ważne – postanawia sobie, że postara się odpowiadać na te pragnienia. Oczywiście, taki rodzic ma świadomość, że należy szanować granice dzieci. Nie zmuszać ich do zaspokajania potrzeb fizjologicznych wtedy, gdy nie mają na to ochoty, czy w sposób, który im nie odpowiada. Nie będzie więc prawdopodobnie zmuszał swojego dziecka do jedzenia, nie będzie wywierał presji, by dziecko skorzystało z toalety przed wyjściem, jeśli zdecydowanie się temu sprzeciwia.

Zew rzeczywistości

Tak. W teorii rodzic ma świetnie wszystko przećwiczone. Luz, szacunek, tolerancja dla potrzeb dziecka i te pe. A potem odrywa się od teorii, bo woła go prawdziwe życie. Jego dziecko właśnie ubrało się do wyjścia. Wychodzą na spotkanie – niech to będzie, załóżmy, pierwsze spotkanie w zerówce. Niby nie musi być elegancko i oficjalnie, ale wiadomo – nie zaszkodzi dobrze wypaść. Również od strony wizualnej. Okazuje się jednak, że dziecko samodzielnie założyło przykrótkie spodnie (co one w ogóle robią w szafie?!) w kratkę, bluzeczkę w paski, jaskrawe skarpetki z dość sfatygowanym ściągaczem, a na głowie ma przydużą czapeczkę reklamową jakiegoś dziecięcego kosmetyku. Styl wybrany przez dziecko dość mocno kontrastuje z tym, jak wygląda jego całkiem elegancki rodzic – a już na pewno kontrastuje z jego wyobrażeniami na temat tego, jak powinno być dziś ubrane dziecko. Załóżmy, że do przedszkola jadą autobusem. Niemały kawałek. Subtelna prośba, by dziecko skorzystało z toalety przed wyjściem, spotyka się z kategoryczną odmową „Nie chce mi się siusiu”.
Ok, teraz Ci się nie chce, a za 5 minut nie będziesz mógł wytrzymać, zżyma się w duchu rodzic, uśmiecha się jednak wbrew sobie i rzuca lekko „Dobrze. Nie musisz.” Tuż przed wyjściem dziecko znajduje w torbie rodzica soczek w kartoniku.
Mogę? – pyta słodko.
Wolałbym nie, po powrocie, dobrze?
Ale ja chcę, proszę, ja chcę teraz!
Bardzo Ci zależy, tak?
Tak, tak, od dawna chciałem wypić taki soczek!
No, dobrze, niech Ci będzie. Tylko się nie poplam.
Wychodzą. Dziecko z zadowoleniem popija sok z kartonu. Jeszcze zanim wsiądą do autobusu, naciśnie kartonik zbyt mocno i obleje się pomarańczą. Być może rodzic zdusi w sobie przyganę „Przecież prosiłem, żebyś się nie poplamił!”, a może nie. W autobusie dziecko zacznie kręcić się niespokojnie, aby za chwilkę oznajmić:

Chce mi się siusiu.
Zaraz wysiadamy, poczekaj.
Ale ja nie wytrzymam! Muszę teraz!
Być może rodzic ugryzie się w język, zanim fuknie „Dlaczego nie zrobiłeś, kiedy prosiłem? Dlaczego nie skorzystałeś z toalety przed wyjściem?” A może nie ugryzie się, i wtedy prawdopodobnie usłyszy: “Bo wtedy mi się nie chciało”.

Wbijanie szpili

Kiedy dotrą na miejsce i spotkają mnóstwo innych dzieci, wylansowanych jak z żurnala, być może pożałuje, że pozwolił swojemu dziecku na tak wielką swobodę w wyborze stroju tym razem. Być może nic nie powie, uda mu się natomiast „wetknąć szpileczkę” i dać upust swojej frustracji w zupełnie inny sposób. Może będzie zniecierpliwiony. Może będzie go drażniła nieśmiałość dziecka wobec koleżanek i kolegów. A może właśnie wręcz przeciwnie, osądzi je, że robi z siebie pajaca przed wszystkimi. Znam to wszystko na wylot. Wiele razy nie ugryzłam się w język, nie zdusiłam rosnącej w sobie pretensji, wiele razy wbijałam szpileczkę. Aż doszłam do wniosku, że jeśli mam składać dziecko na ołtarzu moich ideałów wychowawczych, to chyba wolę być po prostu sobą. Owszem, szanując potrzeby i granice dziecka, ale uznając również swoje. Nie daję sobie przyzwolenia na zamordyzm. Nie mówię „Albo zakładasz sukieneczkę, albo nigdzie nie idziemy!”. Nie lubię popadania ze skrajności w skrajność. Jeśli jednak wiem, że z czymś mi wyjątkowo nie po drodze, mówię o tym otwarcie „Słuchaj, zazwyczaj nie mam problemu z tym, co decydujesz się założyć na siebie. Dziś jednak idziemy po raz pierwszy do twojej nowej grupy i chciałabym, abyśmy oboje byli odpowiednio ubrani. Jeśli ja ubiorę się schludnie, a Ty pójdziesz w przykrótkich spodniach, ludzie mogą pomyśleć, że nie dbam o ciebie tak, jak powinnam, że może nie stać nas na spodnie dla ciebie. Obie wiemy, ze to nieprawda, jednak nie chcę czuć się nieswojo z tego powodu. Czy w twojej szafie znajdą się inne spodnie, które mają dobrą długość?” (tak mniej więcej brzmiał mój tekst skierowany do pięciolatki i wysłuchała go z uwagą – nie jest więc wydumany i zbyt długi, jak sądzę). Tak, powołuję się w nim na to, co pomyślą inni. To też jest część mnie – cóż, zazwyczaj się tym nie przejmuję, jednak nieprawdą byłoby stwierdzenie, że w ogóle mi na zdaniu innych nie zależy. Gdyby tak było, nie zastanawiałabym się, jak się ubrać do pracy, nie myślałabym, jak przelać słowa na papier, nie poświęcałabym wiele uwagi temu, jak się komunikuję z sąsiadami. W pewnych granicach to zdanie innych jest dla mnie znaczące – jednak nie wyznacza mi całego życia.

W zgodzie ze sobą

Najmocniej odczułam potrzebę autentyczności dawno temu, gdy chciałam dość delikatnie pokazać dzieciom, że przed wyjściem – właśnie – warto skorzystać z toalety. Delikatnie, czyli bez zmuszania. Nie chcesz – ok. Wiedziałam już z autopsji, że zachcą, jednak pora roku sprzyjała ew. siusianiu na trawkę, wymyśliłam sobie zatem, że tak nieinwazyjnie to zrobimy. Że oni zobaczą, jakie to niewygodne, takie szukanie krzaczka, sami się przekonają, na własnej skórze, i po kilku razach będą skomleć pod drzwiami wc zanim wyjdą gdziekolwiek. Jasne. Jedyną skomlącą w tym eksperymencie byłam oczywiście ja. Latająca w popłochu po wszelakich krzakach. Sycząca do dzieciom do ucha „Mówiłam, żebyś zrobił przed wyjściem!” I tak się skończyło doświadczenie. Ważąc ew. zyski i poniesione straty, doszłam do wniosku, że najlepiej będzie, jak powiem otwarcie „Wychodzimy z domu – zależy mi, abyśmy mogli spacerować spokojnie i bez nerwów. Chcę, abyście sprawdzili w toalecie, czy na pewno nie chce Wam się siusiu – czasem wydaje się, że nie, a kiedy skorzysta się z wc, coś tam jednak poleci. Nie chcę wychodzić z wami, jeśli nie sprawdzicie, bo wiem, że to się zazwyczaj źle kończy”. Bycie autentycznym nie jest łatwe, bo czasem jest troszkę w opozycji do tych fantastycznych teorii, które noszę w sobie. No, może nie w opozycji, ale trochę mi z nimi nie po drodze, po prostu. Jednak bycie nieautentycznym jest kłamstwem, a kłamstwo – jak wiemy – ma krótkie nóżki. Zamiast uginać się wbrew sobie, a potem stosować walkę podjazdową, wolę wykładać kawę na ławę, nawet gdyby miała zburzyć mój chwilowy święty spokój. Na dłuższą metę mimo wszystko się opłaca.

Foto: Pixabay.com

5 myśli na temat “Autentycznie

  1. senega pisze:

    bardzo fajnie napisane i bardzo do mnie przemawia.Czasami mam ochotę wydrukować Pani bloga i przypominać sobie te wszystkie mądre słowa.

  2. Bardzo dziękuję za ten tekst! U nas o inne sprawy zwykle idzie, ale i tak mam podobne refleksje, tylko potrzebowałam potwierdzenia z zewnątrz:)

  3. Jak zwykle prawdziwie. Nie można zapomnieć o sobie. Tylko czy do nich dzieci dociera? Nie wiem, czy mój syn za mały (4 lata), czy jeszcze zbyt dużo zrzędzę w kwestiach nieistotnych, ale ciężko mi to tak ustawić, żeby działało.

    1. Dobra Relacja - M.Musiał Dobra Relacja - MMusiał pisze:

      myślę, że jak coś jest dla mnie mega ważne, to dociera 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *