Wyjdź i wróć, kiedy się uspokoisz!

Każdy rodzic zetknął się z tą radą. Wielu z niej korzystało. Część twierdzi, że skutecznie. Zignoruj, odeślij, zostaw, niech się uspokoi. Dziś o wypłakiwaniu, karnych jeżykach, kątach i innych formach odosobnienia, kiedy emocje biorą górę.

Dwa dni temu napisała o tym Anita z Być Bliżej (polecam Wam ten tekst, bo zbiera dużo ważnych informacji potwierdzonych naukowo). Jej wpis mnie zmotywował, bo wszystkie te naukowe argumenty znajdują odzwierciedlenie w codzienności. Nie tylko mojej.

Od początku. Po co zaleca się odosobnienie? Żeby dzieci “się nauczyły”. Czego? W zasadzie wszystkiego.
Że nie wolno bić.
Że trzeba się dzielić.
Że trzeba być grzecznym.
I co tam jeszcze chcecie, wliczając w to naukę radzenia sobie z emocjami.

Część dzieci sprawia wrażenie, jakby faktycznie się uczyły. Jeszcze zanim odsiedzą swoje ileś-tam-minut (zazwyczaj tyle, ile lat mają – kto to wymyślił, nie wiem, ale stało się wyrocznią), zdają się uspokajać i wyciszać. Może nawet przemyślały swoje zachowanie i wyciągnęły wnioski – cieszymy się my, rodzice.
Czyli – w tej grupie działa.

Jest jednak druga grupa, na którą ten sposób działa raczej jak płachta na byka. Odesłane w odosobnienie wzmagają płacz, dramatycznie walcząc o to, by pozostać z rodzicem.
Zdeterminowany rodzic może wówczas stać pod drzwiami pokoju, usiłując z niego dziecka nie wypuścić.
No, znam to. I to właśnie pod drzwiami pokoju dziecięcego spłynęło na mnie olśnienie. Przecież to jest bez sensu.
Miało się uspokoić, a jest rozjuszone jak dzik.
Miało przemyśleć i wyciągnąć wnioski, ale jest tak wściekłe, że wątpię, aby cokolwiek do niego docierało.
A ja chciałam w spokoju zjeść obiad, tymczasem stałam się strażnikiem przy celi własnego dziecka.

Wytłumaczenie, że na jedne dzieci działa, a na inne widocznie nie, było dla mnie niewystarczające. Owszem, dopuszczam taką możliwość, że to, co u jednych się sprawdza, u innych w ogóle nie ma racji bytu, jednak przerażenie mojego własnego dziecka pokazywało mi dobitnie, że chodzi o coś więcej niż zwykłe “dziwne, u mnie działa”.

Sprawa stała się jasna, gdy znalazłam gdzieś informację o hormonie stresu, kortyzolu i badaniach poziomu tego hormonu w sytuacji odesłania dziecka “dla uspokojenia”.
Hormon ten jest dość wdzięczny do zbadania, gdyż wydzielany jest do śliny. Naukowcy wykorzystali tę jego właściwość, aby przekonać się, czy faktycznie u tych dzieci, które zdają się w odosobnieniu uspokajać, poziom kortyzolu zostaje obniżony.
Pewnie domyślacie się, że wyniki bardzo ich zaskoczyły. Otóż mimo pozornego spokoju na zewnątrz, w środku dzieci wcale nie były spokojne, bo poziom hormonu był wciąż wysoki.

Jak to możliwe? Odpowiedź jest bardzo prosta i zbieżna z tym, co wiemy na temat przywiązania.
Rodzic jest dla dziecka gwarantem wszystkiego. Podstawą przeżycia. Więź z rodzicem jest dla dziecka najważniejszą z najważniejszych spraw i wszystko w świecie dziecka dąży ku temu, by tę więź utrzymać.
Wyobraźmy sobie zatem, że małe dziecko ma jakiś problem. Ot, ułamany herbatnik (kto ma/miał małe dziecko, wie, że bywa to sprawą życia i śmierci). Problem pociąga za sobą silne emocje, może krzyk, płacz, efektowny rzut na podłogę.
I wtedy pojawia się drugi problem. “Wyjdź do pokoju!” rozkazuje dziecku rodzic.
Czy rodzic ma takie intencje, czy też nie, dziecko odbiera ten komunikat jako chwilowe zerwanie relacji z rodzicem.
Jak myślicie, który problem będzie dla niego poważniejszy?
Oczywiście, ten drugi.
To dlatego część dzieci dramatycznie walczy o pozostanie z rodzicem.
Druga zaś część jest w stanie zepchnąć emocje i założyć maskę, odpowiadając rodzicielskim oczekiwaniom. “Popatrz, już się uspokoiłem/już jestem grzeczna/już zrozumiałem swój błąd”.
Niestety, w tych silnych emocjach wyższe ośrodki mózgowe zostają “wyłączone” i jedyne, czego dziecko się uczy, to bezradności wobec silnych emocji. “Przeraża mnie to, co się ze mną dzieje, i moi rodzice też nie potrafią sobie z tym poradzić”.
Cóż zatem z tego, że pozornie wygląda skutecznie. Jest to metoda absolutnie nieskuteczna, jeśli naszym celem jest uspokojenie dziecka i skłonienie go do przemyśleń.

Jeśli naprawdę chcemy to osiągnąć, powinniśmy przede wszystkim pomóc dzieciom znaleźć ukojenie dla silnych emocji, a dopiero, gdy one opadną, zabierać się za wyciąganie wniosków. Co zresztą nie zawsze jest potrzebne, bo zazwyczaj dzieci doskonale wiedzą, że zrobiły źle – tylko ich mózgi są jeszcze zbyt niedojrzałe, by poradzić sobie z silnymi emocjami i podjąć racjonalną decyzję.
Za każdym razem, gdy przynosimy ukojenie w emocjach, pokazujemy dzieciom drogę do radzenia sobie z nimi. Wiele takich doświadczeń sprawia, że w którymś momencie dzieci przyswoją sobie te sposoby i będą potrafiły uspokoić się same. Bez odsyłania.
To może trwać długo, całe lata, ale jest nie tylko dowiedzione naukowo – jest sprawdzone w praktyce przez mnóstwo rodziców.

Naprawdę warto nie poprzestawać na obserwacji, że coś “działa”, ale sprawdzać jeszcze w jaki sposób – i czy jest zbieżne z tym, do czego dążymy w swoim rodzicielstwie.

 

Foto: Pixabay.com

SPODOBAŁ CI SIĘ TEN ARTYKUŁ?

Jeśli tak, dołącz do newslettera i otrzymuj prosto na swoją skrzynkę powiadomienia o nowych wpisach oraz wyjątkowe treści dostępne tylko dla subskrybentów!

Dołącz teraz

60 myśli na temat “Wyjdź i wróć, kiedy się uspokoisz!

    1. ….”powinniśmy przede wszystkim pomóc dzieciom znaleźć ukojenie dla silnych emocji, a dopiero, gdy one opadną, zabierać się za wyciąganie wniosków”.
      – Jestem zła, bo ciągle piszą o tym, a w jaki sposób to zrobić ??? Tulenie, głaskanie i td.. na moje dziecko nie działa.

      1. Podpisuję się obiema rękoma pod tym komentarzem! Jak to robić? JAK?! I jak samemu przy tym nie zwariować? Ilekroć próbuję empatycznie wysłuchać mojego dziecka, to zanim on się uspokoi, sama się zdenerwuję i potem do końca dnia nie mogę się uspokoić :/

        1. Sporo na ten temat jest w podcaście:
          http://dobrarelacja.pl/podcast-dobra-relacja-odc-8-emocje-cz-2/

          Bardzo konkretnie pisze też Gosia Stańczyk: http://www.gosiastanczyk.pl/towarzyszyc-co-to-znaczy/

          Tu trochę o empatii: http://dobrarelacja.pl/w-towarzystwie-pani-e/

          I pod tagiem „emocje” znajdzie się jeszcze kilka tekstów, które dotykają tego tematu.

          Szerzej natomiast piszę o tym w swojej książce, „Dobra relacja. Skrzynka z narzędziami dla współczesnej rodziny”. 🙂

  1. Dziękuje za temat i Twoje newslettery. Poruszasz ważne tematy a powyższy jest jednym z wielu z którymi próbuję sobie poradzić 😉 Mimo iż intuicyjnie czuję że odsyłanie rozwścieczonego dziecka do pokoju by ochłonęło nie jest idealnym rozwiązaniem, tak robię bo jest to i mój bufor bezpieczeństwa bym nie eksplodowała. Moment kulminacji emocji jest bardzo ciężki i chociaż zawsze mija i są przeprosiny, to energetycznie wypala nas wszystkich i niestety powraca równie często jak bumerang. Wiem że najciężej ma moje dziecko, bo jest targane skrajnymi emocjami, jednak okazało się że i ja ze skały nie jestem. 🙂 Co zatem zrobić, jeśli 8 latek wyzywa i ubliża (mamie czy rodzeństwu)? zostawic dziecko i samej wyjść z pokoju? czy to nie będzie „opuszczeniem” dziecka?

    1. Wyjście z pokoju z informacją, że to rodzic potrzebuje ochłonąć, jest zupełnie inną sytuacją, niż kiedy wyganiane jest w tym celu dziecko.
      Warto dokonać starań, by faktycznie było to wyjście w celu ochłonięcia, a nie ignorowanie dziecka. „Przyjdę do ciebie tylko wtedy, jak będzie spokój”.
      Nawet ośmiolatki mogą potrzebować pomocy w regulacji emocji – jeśli początkowo kipią z wściekłości i te pomoc odrzucają to możliwe, że po dłuższej chwili, gdy złość opadnie trochę, zechcą ukoić się w ramionach bliskiej osoby. Warto takie rozwiązanie zaproponować, a jednocześnie warto uszanować, gdy dziecko je odrzuci.
      Ostatnie słowo odnośnie ubliżania i niegrzecznych odzywek. To jest bardzo trudny temat, również dla mnie osobiście-jako mamy. Może być tak, że dziecko wie, że w ten sposób rani otoczenie i kiedy jest spokojne, wykazuje skruchę i jest mu autentycznie żal, że tak postąpiło. Może nawet obiecywać, że nigdy więcej – szczerze i z głębi serca.
      A później, w emocjach, znów sięga po ten środek wyładowania się.
      Przez tyle lat swojego rodzicielstwa nie znalazłam na to sposobu, poza nieustannym podkreślaniem, że nie lubię tak, że boli mnie to. Powtarzaniem na spokojnie oczywiście, nie w afekcie – wtedy i tak nie trafia nic.
      Widziałam, że to kwestia niedojrzałości emocjonalnej, że stopniowo się wycisza, że jest tego mniej. To mi bardzo pomagało wytrwać na drodze, którą w rodzicielstwie obrałam – nie chciałam karać za te odzywki, bo wiem doskonale, jak odwrotny skutek przynoszą kary. A z drugiej strony nie znajdowałam środków, by sobie z tym poradzić.
      Wyrośli 🙂

      1. Nie zgadzam się zupełnie!
        Pomóc w rozładowaniu trudnych emocji – czasem tak, a czasem pozwolić nauczyć się rozładować je samemu. I nie moim kosztem – wyzywając mnie i obrażając. To bardzo łatwe – ale jaka to pomoc? Znajdź kogoś na kim się wyżyjesz? Na kogo przelejesz frustrację? Ja mam wyjść z mojego domu – bo muszę ochłonąć, kiedy moje dziecko mnie obraża, histeryzuje, krzyczy? Nie mówię o płaczu – kiedy spotkało je coś złego i cierpi, tylko o krzyku wywołanego sytuacją, w której nie ma czegoś, czego chce. Nie przez wszystkie emocje prowadzę za rękę, bo nie ma rozmowy z osobą, która krzyczy. Pomóc nazwać? „Jesteś bardzo zły” – owszem. To bardzo nieprzyjemne. Też mi się zdarza, wiesz? Spróbujemy coś z tym zrobić? Jeśli „tak” – ok! Jeśli „nie” i dalej wrzeszczy, obraża i wyzywa – absolutnie sobie nie życzę. Nie ma rozmowy. Można się wykrzyczeć – ale nie ma żadnego usprawiedliwienia dla ranienia innych. Również mamy. A wielka tragedia o herbatnik spokojnie może przeczekać aż zjem ciepły obiad. Więź więzią, a podnóżek, podnóżkiem. Inni ludzie mają prawo żyć niewyzywani oraz jadać ciepłe posiłki. A szczególnie mama. Pomyślcie (niezłośliwie) czego to może nauczyć? Poszanowania innych, nie wyzywania, samodzielnego radzenia sobie z emocjami i poukładania uczuć? Rozróżniania hierarchii życiowych tragedii? Mama pomoże zawsze – oczywiście, ale naprawdę podkręcamy tragedię złamanego ciastka? To takie okropne synu, straszne – zaraz zrobimy dla niego szpital – tylko zjem obiad mordko, bo jestem głodna i boli mnie brzuszek, ok? Bardzo smutno? To może w tym czasie …. cośtam, cośtam, cośtam…. Jak nie da rady samo wymyślić metody. Ale zwykle dają radę. I już. A jak wyje? Trudno. I uwierzcie drogie moje, że bardzo wiele lat zajęło mi uczenie się, że mama jest człowiekiem dokładnie tak samo ważnym jak reszta świata. I zmienianie tego bardzo szkodzi.
        Nie – kłamię. Niestety dalej się tego uczę…

        1. Mam już całkiem niemałe dzieci i jak na razie zbieram dobre owoce. Tak, od wyzwisk i ranienia w złości przeszliśmy do poszanowania granic moich i innych ludzi.
          Widzę różnicę między przyklaskiwaniem takim zachowaniom a nie robieniem z nich niczego specjalnego. Ok, rani, wolelibyśmy, żeby tak nie było – jednak odkąd istniejemy, dojrzewanie we wszystkich sferach oznacza poruszanie się jak słoń w składzie porcelany. Zgrabności nabywamy z czasem.

          Aha, w naszej dorosłej ocenie błahe może być to, że dziecko nie ma tego, czego chce – w opozycji do „prawdziwego” cierpienia. Jednak dla niego to jest wlaśnie cierpienie, i warto to uszanować. Z czasem dzieci zdobywają więcej doświadczeń pomagających uporządkować ważność różnych spraw 🙂

          1. No jasne i z czasem możemy pomagać w tym dojrzewaniu.
            Zastanawiam się jednak kiedy z czasem. Do kiedy zatem może ranić i wyzywać w złości – kiedy już nie bardzo? To że niemowlę wrzeszczy – to normalne. Nie potrafi komunikować – więc krzyczy. Trzylatek? Pięcio? Ośmio? Oni już bardzo zgrabnie komunikują. Takie wyzwiska jak słyszałam u dzieci – to szewc z furmanem się chowa!
            Pracuję z dziećmi i granice przy biciu i wyzywaniu zawsze stawiam od razu. Bez względu na wiek i stopień upośledzenia. I uczę pracować z emocjami i agresją. Na pewno nie kosztem pozwolenia na bicie – bo jest mały i inaczej nie umie.
            A jeżeli dzieci w szkole, czy ośrodku – wyzywają i ranią siebie lub panią w złości? Bo są małe, złe, nie umieją sobie poradzić? Można? Czy tylko mamę można?
            Każdy wybiera po swojemu – ja też patrzę teraz z drugiej strony. Zawsze warto pomyśleć, czy ta metoda najlepsza. Dziecko walczy o uwagę – metodą, której nie aprobuję. Dać, czy nie dać? Niech robi piekło – a ja utulę i ugłaszczę. Czy – wyciszy się trochę, podpowiem wytupanie, wykrzyczenie, przykują uwagę jakimś zajęciem, czy pytaniem, albo odsunę i pomogę, jak już naprawdę będzie tego chciał i będzie gotowy?
            A w przedszkolu? Jeden wyje, bo chcę różową kredkę. A ma ją Ola. Zatem wyzywa Olę. I panią – bo mu głupia krowa nie chce dać kredki, a jak wyrwał Oli, to mu zabrała. I jeszcze coś truje, A JA CHCĘ KREDKĘ! JUŻ! Rozumiem rozpacz i tragedię. Ale nie wiem, czy akurat podarować wyjcowi uwagę – która pójdzie zupełnie w strzępy, bo z mówienia teraz do niego nic nie wyjdzie. Czy poczekać. I porozmawiać jak wróci do normalności a krainy rozpaczliwej histerii. I to nie jest zupełnie co innego. Ta sama reakcja na stres.
            Oczywiści, że dzieci wyrastają z takich zachowań. Pytanie jak możemy w tym pomóc. Odbarczyć, ale i pozwolić zmierzyć się z rozpaczą i ze stresem. Pozwalajmy dzieciom doświadczyć stresu, rozczarowania, rozgoryczenia, żalu. To bardzo przydatna umiejętność i wspaniale, kiedy uczą się w bezpiecznych warunkach. I nie wyładowują stresu na innych.
            Nie mam trochę racji?

          2. Zastanawiam się, czy nie piszemy jednak o tym samym 🙂 Przecież ja nie zapraszam swoich dzieci – zdenerwowałeś się, chcesz, to się wyżyj na mnie, proszę – wyzwij, uderz.
            Po prostu jak juz sie to przytrafia, nie załamuję rąk. Niosę pomoc w emocjach najpierw, a potem na spokojnie rozmawiamy o tym, co mnie bolało. Są i granice, i wsparcie.
            Trochę tu o tym pisałam.

          3. Moje dzieci są zdecydowanie małe – Starszy Młody ma dopiero 4 lata – więc do etapu wyzwisk (jeszcze?) nie doszliśmy. Może też nie mają od kogo brać przykładu w tym względzie, bo z mężem się nie wyzywamy, a polskich dzieci w wokół brak, zaś te nieliczne które są, także używają wyzwisk. Więc możliwe, że u nas jest łatwiej, bo pod tym względem są „cieplarniane” warunki. Ale wrzaski, napady złości, rzucanie się na podłogę – przerabiamy od dawna. Starszy Młody ma bardzo bujny temperament, a Młodszy Młody dzielnie kontyuuje tradycje. 😉 Magicznego sposobu – oczywiście – nie ma, ale przypadkiem odkryłam pewien sposób, który Starszemu Młodemu pomaga. Gdy kolejny raz wił się po podłodze wyjąc, zaczęłam go pytać, po kolei:
            -Czy jesteś smutny?
            -(wycie i tupanie)
            -Czy jesteś rozzłoszczony?
            -(wycie i tupanie)
            -Czy jesteś samotny?
            -TAAAAK! (dalsze wycie i tupanie)
            -Czy mam cię przytulić?
            Dziecko natychmiast przestało wyć, wstało i zaczęło się przytulać. Przy następnej takiej „sesji” od razu pytałam: Czy jesteś samotny? Doszło nawet do tego, że przy kolejnych okazjach wycie nie było już nieartykułowane. Wycie brzmiało: JESTEM SAMOOOOTNYYY! (Nb: wzruszająca poniekąd sytuacja: trzy-i-półlatek krzyczący „Jestem samotny”).
            Po tych zdarzeniach naszła mnie refleksja: Młody wrzeszczy, bo uczucia rozsadzają go od środka. On sam boi się tych emocji, nie rozumie ich, a czuje, że nim targają. Moim zadaniem jako rodzica jest dostarczyć Młodemu narzędzi, aby rozumiał co się z nim dzieje i w razie potrzeby – prosił o pomoc.
            Czy moje uczucia są w tej sytuacji na dalszym planie? Tak. Czy umiem się uspokoić? Czasami. Jeśli nie – staram się wychodzić. Czy Młody jest głuchy i ślepy na uczucia innych? Nie. Z wiekiem coraz bardziej je widzi.

          4. To jest właśnie najfajniejsze i najbardziej motywujące – gdy się widzi owoce. Że te dzieci, które powinny byc agresywne, rozpieszczone – są w istocie uważne i empatyczne, a także często potrafia sobie radzić z emocjami w sposób, który nas zaskakuje.

        2. Bardzo się z Tobą Ewo zgadzam- nie jestem workiem treningowym który można bezkarnie tłuc słownie i fizycznie.

          1. Bardzo bym nie chciała popadania ze skrajności w skrajność. Jest morze możliwości między izolowaniem dziecka, a pozwalaniem na deptanie siebie samego.

  2. Podoba mi się ten tekst – racjonalny i spokojny. Mam nadzieję, że przemówi do tych, którzy gotowi są zrezygnować z promowanych przez Dorotę Zawadzką czy Jo Frost metod i potrzebują zachęty. Ciekawa jednak jestem, jak zadziała na osoby głęboko przekonane o wartości time-outu i separacji.
    Co ciekawe, nasza córka w wieku około 4 lat sama odchodziła na stołeczek w przedpokoju, gdzie kilka minut szybko odparowywała, kopnąwszy parę butów 😉 Ale szybko jej przeszło i teraz, kiedy ma 9 lat, zupełnie inaczej sobie radzi. Niestety, czasem tynk ze ścian odpada, taka bywa przy tym radzeniu głośna 😉

    1. Kiedyś chyba u Agnieszki Stein przeczytałam, że ona nie przekonuje nieprzekonanych.
      I po wielu przemyśleniach doszłam do podobnego wniosku – moją misją nie jest usilne nawracanie ludzi na „jedynie słuszną drogę”.
      Być może zacytowany tekst z Być Bliżej mocniej argumentuje bezcelowość takich metod.

      1. A nie nie, broń Boże – nie chodziło mi o przekonywanie. Tylko zastanawiam się, czy nieprzekonani, jak to ująć, zanegowaliby całkowicie racjonalną argumentację i jakich argumentów użyliby.
        Ja szalenie cenię takie teksty właśnie za to, że dla wahających się są wskazówką – cenną i skłaniającą do refleksji 🙂

        1. Uważam, że różnie bywa z tym przekonywaniem nieprzekonanych. Tzn. jeśli ktoś uważa, że stawianie do kąta jest super, to nie próbuję przekonywać takiej osoby. Ale co z wahającymi się? Czy z tymi, którzy nie wiedzą? Mam w pracy bardzo sympatyczną koleżankę, B., która stosuje time-out bo myśli, że tak jest dobrze. Kiedyś opowiadała nam z zapałem, jak time-out świetnie działa na jej dzieci. Siedziałam wraz z drugą koleżanką, T. (podobnie jak ja wystrzegającą się time-out), i nie całkiem wiedziałam, co powiedzieć. Wtedy B. chyba zauważyła pewien sceptycyzm w naszym milczeniu i zapytała mnie oraz T. czy stosujemy time-out. Powiedziałyśmy, że nie. B. zapytała, dlaczego tego nie robimy. T. powiedziała krótko i oszczędnie, że uważa time-out za niedobry pomysł. Kiedy T. poszła, B. zapytała mnie, co jest niedobrego w time-out. Powiedziałam, że po pierwsze akurat u moich dzieci time-out po prostu nie działa (kiedyś spróbowałam – są z tych, co rozjuszone walą w drzwi) oraz, że o ile wiem, dzieci się przy tym stresują, nawet jeśli nie wrzeszczą. Zapytała, czy można gdzieś o tym przeczytać. No właśnie – czy można? Byłabym wdzięczna za źródła, zwłaszcza po angielsku (mieszkam i pracuję za granicą).

          1. W najbliższych dniach chyba nie dam rady, ale postaram się o tym pamiętać i poszukam.

          2. Na pewno Margot Sunderland „Mądrzy rodzice” (tytuł oryginału: „The Science of Parenting”) – jest w niej bardzo dużo wyników badań dotyczących działania dziecięcego mózgu w sytuacji time-outu i innego stresu. Przy tym bardzo dobrze się czyta i w Polsce ładnie wydana 🙂

  3. Ja zostawiałam 18-22-miesięcznego synka w pokoju (wiadomo, okres buntu, potęgowany tym, że tatuś pozwalał małemu na wszystko, był niekonsekwentny itd. a następnie wyjeżdżał w delegację, a ja zostawałam sama z rozstrojonym dzieckiem). Wychodziłam z pokoju mówiąc, że będę w drugim pokoju, przyjdź do mnie gdy się uspokoisz. Raptem po kilku razach przychodził do mnie po ok. 30 sekundach. Wtedy zawsze przytulałam go, mówiłam, że kocham, że jest super chłopcem, że rozumiem, że jest zły bo coś chciał (albo pytałam czy jest zły, smutny, bo …?). Potem sam (nie mając jeszcze 2 lat), czując że targają nim negatywne emocje, przychodził do mnie, patrząc w oczy mówił „mamo, rozumiesz? rozumiesz?”, „mamo, przytul” – odpowiadałam, że rozumiem, przytulałam, a on jakby brał ode mnie mój spokój i po minucie wracał do dalszej zabawy.
    Te kilkanaście razy, gdy zostawiłam synka by ochłonął nauczyło go, że nad emocjami można zapanować, a ja chcę mu w tym pomóc. Teraz, gdy ma 2,5 roku nie zostawiam go „by się wypłakał”, przyklękam, rozmawiam z nim, przytulam.
    Ale żeby takie coś „wypracować”, to trzeba „pracować” z dzieckiem od samego początku. Wielu rodziców myśli, że jak dziecko jest małe, to niech sobie popłacze, nie dostrzegają jednak tego, że im dziecko starsze, tym bardziej negatywne emocje się nasilają – bo dziecko nie dość, że nie panuje nad swoimi emocjami, to jeszcze w ten sposób walczy o uwagę rodzica.
    A żeby nie myślano, że u mnie jest tak super, kolorowo, to na koniec dodam, że na moje dziecko patrzę jakby z dwóch poziomów: widzę dziecko wychowane bądź co bądź przeze mnie, widzę mój wkład, moje łzy, zmęczenie itd. – a z drugiej strony widzę skutki działań „wychowawczych” męża. I co istotne, tę „podwójną naturę” synka zauważają znajomi, rodzina, sąsiedzi – przy mnie syn jest wg nich zrównoważony i spokojny, natomiast wtedy gdy w domu jest mąż mały jest jakby innym dzieckiem. Ale rozbieżności między matką i ojcem w kwestiach wychowawczych to już zupełnie inny temat.

    1. W zasadzie nie ma nic złego w tym, że dzieci sobie płaczą. To jest sposób na radzenie sobie z emocjami 🙂 Ważne, żeby jednak nie robiły tego w narzuconej im samotności. Badania nad mózgiem są dość wymowne – taki samotny płacz mózgowi nie służy. Kiedy dziecko płacze, potrzebuje pocieszania i sprawą priorytetową jest danie mu tegoż (inna sprawa, gdy dziecko pocieszanie odrzuca).

      1. Właśnie mój mały będąc w fazie buntu nie dawał się przytulić itd. Te kilkadziesiąt sekund w samotności pomogły nam obojgu ruszyć do przodu w radzeniu sobie z emocjami. Dziś nie potrzebuję stosować tej „metody” – albo sam przychodzi do mnie, albo ja biorę go na kolana, przytulam, uspokajam go, potem rozmawiamy.

        1. ZGdazam się – jeśli dziecko potrzebuje samotności, to potrzebuje samotności i niestosowne jest narzucanie się ze swoja pomocą.
          Mały tylko szczegół – inaczej brzmi komunikat „Przyjdź, gdy się uspokoisz” a „Jeśli będziesz mnie potrzebował, jestem obok” 🙂

          1. Tak, tak, ja to wiem. Ale dzieci są różne, do mojego synka na samym początku nie trafiały te właściwie sformułowane zdania. Może to wina tego, że ja chcę by było normalnie, zdrowo, nietoksycznie itd., a mąż postępuje z dzieckiem, mówi do niego w zupełnie inny sposób? U mnie te kilkanaście opisanych wcześniej sytuacji wraz z tym niewłaściwym „Przyjdź, gdy się uspokoisz” sprawiło, że coś drgnęło. Jestem tylko człowiekiem, popełniam błędy – nie trudno o nie, nawet o te najmniejsze, niepozorne, gdy ma się przeciwko sobie całą rodzinę, łącznie z mężem 🙁
            Od urodzenia biegłam do synka gdy tylko mruknął, zakwilił, do dziś tak mam, nawet w nocy. Ale ta szczególna sytuacja, ta faza buntu przerosła mnie, bo mój własny mąż, ojciec dziecka, rzucał mi kłody pod nogi wiedząc, że za parę dni znów wyjedzie i zostawi mnie z „cyrkiem”. Wybrałam mniejsze zło by w ostatecznym rozrachunku osiągnąć większe dobro – dobro mojego dziecka. Choć wiem, że zło zawsze pozostanie złem.
            Nie rozgrzeszam samej siebie, ale rozumiem matki, które są w podobnej sytuacji – bycie taką „DZIWNĄ” mamą niesie ze sobą nie tylko wspaniałą, zdrową relację z dzieckiem, zdrową psychikę dziecka, ale też dziwne uśmieszki, komentarze otoczenia, które wręcz czyha na to, by nam, „DZIWNYM” mamom powinęła się noga – a to z kolei wiąże się z ogromnym stresem.

          2. Każdej mamie noga się powija 🙂
            Mam na koncie parę takich sytuacji, których nie powtórzyłabym już teraz, dają mi one silne przekonanie, w którą stronę nie chcę skręcać. Myślę, że większość rodziców robi dla swoich dzieci to, co w danym momencie potrafi najlepiej.

            Pozdrawiam ciepło 🙂

  4. Piękny tekst, który sprawia ,że jednak ‚dziwna’ droga którą sobie podświadomie obrałam jest słuszna . Opinie które słyszę od mam sa bardzo dalekie od takiego właśnie podejścia !!!! I jak tu nie czuć się zagubionym !!!! ‚Nie przytulaj gdy wrzeszczy bo sie nauczy ,że to dobre zachowanie …. Itd….Itp’.A ja poprostu dokładnie pamietam siebie z tego okresu jak dostawałam furii sama w pokoju , jak w totalnym szale rzucałam rzeczami i nie wiedziałam co mam z sobą zrobić !!!! Nie rozumiałam dlaczego mama jest na mnie zła , że zrobiłam aferę bo nie mogłam doczekać sie lizaka kiedy ona mówiła ‚poczekaj ‚ …. Przecież ja nie byłam zła na Nią , tylko tak bardzo chciałam tego lizaka , że wchodziło w grę tylko powtarzanie w kółko no daj no daj no proszę !!!! Po czym padało ‚ Jak sie nie uspokoisz to nie dostaniesz !!!’ I wtedy było koniec !!!!! Jest mnóstwo takich przykładów gdzie poprostu wystarczy sobie przypomnieć jak to jest byc dzieckiem i jak ten umysł dziecka funkcjonuje !!!!! Dziękuje za artykuł !!!

    1. O tak, przyjmowanie perspektywy dziecka jest dla mnie najskuteczniejszą odpowiedzią na pytanie: i co ja mam teraz zrobić?!

  5. U mnie odsyłanie Malucha kompletnie się nie sprawdza, a ja się czuję jakbym robiła mu najgorszą krzywdę na świecie. :/ Już wolę zająć go czymś innym niż pozwolić żeby przez 20 min zanosił się płaczem.

    1. I dlatego takie trudne jest, gdy my jesteśmy gotowi nieść pomoc, a dzieci dojrzewają do tego, by jej juz nie chcieć i próbować po swojemu …

  6. Myślę, że to raczej nam się czasami przydaje, żeby wyjść i się uspokoić. Zdarza się, że my się bardziej nakręcamy niż dziecko, trzeba być uważnym i to wyłapać i pójść sobie pooddychac i może nawet uda nam się dojść do tego z czym my mamy problem. Bo dziećmi targają różne emocje, a to normalne, bo są długo niedojrzale emocjonalnie i trudno im sobie z tym poradzić, mają nas żeby się na czym oprzeć…

    1. A przede wszystkim przydaje nam się wyjść, aby móc faktycznie na spokojnie zmierzyć się z emocjami dzieci i pomóc im je rozładować.

  7. Swietny artykul, ciekawe komentarze, tylko brak odpowiedzi, podpowiedzi, rady- co robic przy takiej akcji z ciasteczkiem? Jak pocieszyc? Odwrocic uwage? Mam odczucie, ze nie powinno sie tak robic u starszych dzieci niz niemowleta…

  8. Bardzo dobry temat artykułu. Każde dziecko jest jednak inne i metody wychowawcze trzeba dostosowywać pod konkretny przypadek. Na niektóre dzieci działają jak najbardziej tradycyjne sposoby, zaś w stosunku do tych bardziej zbuntowanych trzeba włożyć więcej wysiłku i pracy. Pozdrawiam.

    1. Każde dziecko jest inne, zgoda. Pewne sprawy sa jednak uniwersalne. Badania nad więzią nie pozostawiają wątpliwości, że przywiązanie do rodzica jest najważniejszym zadaniem małego człowieka.
      Badania nad mózgiem klarowanie pokazują, czego potrzeba mózgowi, aby nauczył się regulowac emocje.
      Sposoby mogą być różne, droga warto, aby była ta sama dla wszystkich 🙂

  9. No właśnie, mnie do niedawna też wydawało się, że odsyłanie dziecka w odosobnienie to jest bardzo dobra, nienaruszająca jego integralności metoda na uspokojenie. Niestety działa często właśnie dlatego, że dla dzieci o wiele ważniejsze od własnej integralności jest utrzymanie więzi z rodzicem. Takie niewypowiedziane „zrobię wszystko, żebyś nie przestał mnie kochać”. Mądry tekst i bardzo wartościowy, głównie przez to, że stoi za nim praktyka 🙂

  10. Choć jestem zagorzałą zwolenniczką metody odsyłania i naturalnego uspokojenia emocji, postaram się przetestować także ten punkt widzenia i metodę na małej Julce.

  11. Dziękuję za mądre słowa 🙂
    Moja córka dość często wybuchała. Ja mam nadwrażliwość słuchową. W małych pomieszczeniach (np. zamknięta łazienka, samochód) jej wybuch był dla mnie nie do zniesienia. Czasem odsyłałam (a raczej chciałam odesłać) ją do jej pokoju. Podskórnie czułam, że nie powinnam odsuwać dziecka, ale jednocześnie chroniłam swoje uszy (i mózg). Nigdy nie mówiłam po prostu: „Wyjdź”, zwykle mówiłam coś w stylu: „Wrzaski wychodzą”, czy też: „Ty możesz zostać, ale krzyki wyprowadź”. Czasem córka wychodziła, częściej wrzeszczała jeszcze głośniej… Ale też dość często po chwili wołała: „Przytul mnie!” Kocham tę jej umiejętność, choć nie zawsze potrafię przytulić ją wtedy na ten tychmiast 😉

    1. Z innej beczki napiszę. Ależ ja uwielbiam Twojego bloga!!! Czynisz matematykę w naszym domu wielką przygodą. Dzięki ogromne!

      1. Ha, no proszę 🙂
        Cieszę się, że inspiruję 🙂

        A ja mam zamiar przekopać Twoje wpisy 🙂
        Bardzo uważnie, więc pewnie powoli 🙂

  12. „….Jeśli naprawdę chcemy to osiągnąć, powinniśmy przede wszystkim pomóc dzieciom znaleźć ukojenie dla silnych emocji, a dopiero, gdy one opadną, zabierać się za wyciąganie wniosków….”
    Fajnie, ale jak ?!
    Jak ukoić krzyczące, zasmarkane, bijące dziecko ?
    Jak je uspokoić, jak dać do zrozumienia że jest ok, że nic się nie stało ?

    1. A co pomaga temu dziecku? Przytulenie? Nazwanie tego, co się z nim dzieje („Zdenerwowałeś się, bo chciałeś jeszcze grać, a ja kazałam ci skończyć?”)? Pobycie sam na sam ze sobą?

      1. a ja ze wszystkim się zgadzam i kiedyś tak robiłam (jak był młodszy, bo łatwiej było mi znieść emocje młodszego, ale wcale nie zaczął sobie z nimi radzić, zaczął je nazywać tak, jak jego ojciec: „przez Ciebie jest mi smutno!”), a teraz… jak nic nie pomaga? co robić? jak się nazywa emocje to płacze jeszcze bardziej że mu się przypomniało, a potem płacze jak mówi „sam już nie wie dlaczego”, „nie pamięta”, „bo chce mu się płakać”? przytulenia wtedy zwykle nie chce. albo bardzo-bardzo chce w sytuacji, kiedy ja nie mogę/jest mi trudno go przytulić (np prowadzę samochód, robię coś przy kuchni, przewijam małą)? Ma ponad siedem lat, jest samodzielny i bardzo emocjonalny, wszystko ma „na wierzchu”. Rozmawiam z nim. Bardzo dużo rozumie. Nieraz zachowuje się tak, jakby prowokował, żeby ktoś go ochrzanił (jest wesoły, ale zaczyna robić rzeczy w wygłupach które prosimy, żeby nie robił, aż przesadzi, wywali się, zrzuci jedzenie czy coś w tym stylu i płacze, a on płacze tak, że w sąsiednim powiecie słychać)? Albo utrudnia coś sobie i innym (np usypiam małą, on ma chwilę poczekać i nie hałasować w swoim pokoju, żebym mogła do niego przyjść, to wywraca się, przewraca, potem płacze, że boli, potem już nie boli, ale krzyczy chcę do mamy)? i jedynym, co w takich sytuacjach sprawia, że wychodzi z tych emocji, jest zostawienie go samego w pokoju? tak, zaczęłam go odsyłać, bo nie byłam w stanie np zjesć obiadu. W pokoju popłacze, pokrzyczy, (albo robi obrażoną minę, ale jest cicho), po czym zaczyna się bawić i zapomina, o co chodziło i przychodzi z powrotem do mnie z czymś swoim, zadowolony. Ale nie zawsze jest jak odesłać, np w samochodzie, gdzieś na spacerze, w miejscu publicznym. A rozmawiać się nie daje ani nic. Swoim krzykiem straszy nieraz inne dzieci, np z rodziny.

        1. Czuję w tych słowach bezsilność, frustrację, obawy – i jednocześnie nie jestem w stanie nic podpowiedzieć w kilku zdaniach komentarza. Może jedynie to, że trudne momenty/etapy są naturalną częścią rozwoju. I że kiedy rodzicowi jest trudno, to jego dziecku jest jest trudno tak samo (jeśli nie bardziej) od jeszcze dłuższego czasu. I nie ma gdzie szukać wsparcia, jak tylko w rodzicu. Dlatego warto poszukać wsparcia dla siebie, żeby móc je dawać wciąż dziecku, bo z pustego nikt nie naleje.

  13. Bardzo dobry artykuł. W sedno trafiłaś z tym, że dzieci doskonale wiedzą, co zrobiły źle, tylko w chwili zdarzenia nie potrafią sobie z nim poradzić, panują nad nimi emocje. Wielkie dzięki za mądre słowa 🙂

  14. Witam,
    czytam, czytam, czerpię z każdego tekstu. Czasami jednak emocje biorą górę, a potem to już tylko wyrzuty sumienia, że dałam się ponieść… Moja dwulatka w zasadzie codziennie od ok dwóch tygodni wpada w histerię, strasznie płacze, krzyczy, wierzga… Taki napad złości przeważnie jest raz dziennie, jakby musiała wyrzucić z siebie TO COŚ, te emocje. Często taka sytuacja jest po popołudniowej drzemce, ale zdarza się i po spacerze, bo np. trzeba zdjąć buty… W tej ciężkiej dla nas chwili nie chce żebym ją przytulała, nie daje się wziąć na ręce, zbliżyć do siebie. Płacze, krzyczy, nic do niej nie dociera. Jak wychodzę z pokoju czasami mnie woła, ale jak wrócę, nadal nie chce się przytulić. „Chwile” to trwa, choć dla mnie to wieczność. Za którymś razem kiedy spytam, czy już teraz chce żebym ją przytuliła, uspakaja się i przytula. Nie wiem tylko, czy lepiej z nią być w tym płaczu, siedzieć po prostu obok milcząc, czy wychodzić i wracać.

    1. Nie ma reguły. Ważne, by ona wiedziała/czuła, że nawet kiedy Pani wychodzi, to nie jest Pani na nią obrażona i w każdej chwili przytulenie jest możliwe.

  15. No a co z 9-latkiem, który już „nauczył się” schematu siedzenia cicho jak coś jest „nie tak”. Czy da się to jakoś naprawić? Przecież on przychodzi do mnie tylko wtedy, kiedy jego poziom przerażenia jest nie do wytrzymania dla niego. Tylko wtedy. A w większości sytuacji coraz bardziej zamyka się w sobie. Jak mam to naprawić?
    Czy jak będzie patrzył na młodsze rodzeństwo, na „nowe” schematy działania, otworzy się?

    1. Myślę, że pomocna może być uważność ze strony dorosłego. „Czy takie rozwiązanie tobie pasuje?”, „Czy to jest dla ciebie w porządku?”, „Zastanawiam się, czy zgadzasz się, bo tak chcesz, czy dlatego, że ja tak chcę”.
      Ew. „To chyba nie było przyjemne, gdy ja tak zareagowałam, prawda?”

      1. Muszę sobie wydrukować te zwroty, żebym o nich pamiętała. Dziękuję 🙂
        Jeszcze duuuuużo do zrobienia przede mną.

  16. Zawsze myślałam, ze time-out to także odesłanie dziecka do kąta – ono mnie widzi, czasem słyszy co mówię, ale stoi z boku. Ja zawsze mówię, że mogę przytulić, ale jak będzie spokojne. Dochodzi do tego, ze młodsze osobniki same złoszcząc się szły do kąta, by się uspokoić, potem czasem przytulić (czasem nie było to potrzebne). Czy taki rodzaj separacji jest akceptowalny? Czy jednak więź jest zerwana?

    1. Problem w tym, że dzieci często potrzebują się przytulać ZANIM będą spokojne. Jeśli zatem nie dostają wsparcia, to tak, ta więź jest chwilowo zerwana.

  17. Ok, Małgosiu,a co z dziećmi mam takich jak ja – stosowałam time-outy do ok 4,5 r.ż. Synka, byłam święcie przekonana, że a) emocje muszą być wyrzucone przez płacz, bo po co je tłumić i b) należy nauczyć dziecka samoregulacji (poprzez timeouty właśnie). No i jak się dowiedziałam, że to dobre nie jest to oczywiście już tak nie robię, drugiemu też oszczędzę, ale też pojawiło się poczucie winy… A to nie jest dobre uczucie. Wiem, że Synek jest fajnym, pewnym siebie i znającym swoje granice chłopcem (ma 5,5) – ale jednak smutek w moim sercu pozostał. Czemu pamiętamy nasze porażki a zapominamy o tych wszystkich sukcesach i całym ogromie miłości, które dziecku daliśmy? ehhh

    1. Zastanawiam się, czy to jest pytanie o to, co z dziećmi, czy co z mamami bardziej 😉
      Nie wiem, czemu tak się dzieje, że skupiamy się na potknięciach. Myślę, że warto dać sobie prawo do opłakania przeszłości – wyrażenia żalu, że potoczyła się nie tak, jak chcieliśmy, że zrobiliśmy to, czego dziś nie zrobilibyśmy.

      Ale, właśnie – dziś nie zrobiłabym wielu rzeczy, które zrobiłam stawiając pierwsze kroki w rodzicielstwie, a wtedy robiłam je będąc przekonaną, że robię dobrze. Staram się być wdzięczna za to, że trafilam na ludzi, którzy pomogli mi zobaczyć to w innym świetle i że dzięki nim zmieniłam swoje patrzenie. Że to się stało, gdy dzieci były małe, a nie, gdy już dorastały i zostałoby nam niewiele czasu na przebudowanie relacji.
      Ilekroć dopada mnie rozpamiętywanie przeszłości, mówię sobie stop i odcinam to stanowczo. To już nie wróci. Nie mam na to wpływu. Mam wpływ na to, co zrobię dziś,kiedy dzieci wstaną i zaczniemy kolejny dzień. Na tym się skupiam.

  18. Trochę nie bardzo rozumiem…
    Początek super, ale potem…
    Jeśli naprawdę chcemy to osiągnąć, powinniśmy przede wszystkim pomóc dzieciom znaleźć ukojenie dla silnych emocji” – czyli jak np. ? Może w opozycji do tego odosobnienia jakieś konkrety?
    „Za każdym razem, gdy przynosimy ukojenie w emocjach, pokazujemy dzieciom drogę do radzenia sobie z nimi. Wiele takich doświadczeń sprawia, że w którymś momencie dzieci przyswoją sobie te sposoby i będą potrafiły uspokoić się same. Bez odsyłania.
    To może trwać długo, całe lata, ale jest nie tylko dowiedzione naukowo – jest sprawdzone w praktyce przez mnóstwo rodziców.”
    Kilka górnolotnych, mądrych zdań z których mało dla siebie biorę niestety…

    1. Ten komentarz jest dla mnie jasnym sygnałem, że to, co wydaje mi się zbędne, jest wciąż potrzebne. Łapię się wielokrotnie na myśli „Nie będę o tym pisać, pisałam już miliard razy”, a jednak przecież nie wszyscy czytają każde słowo, które opublikuję. Zatem dziękuję za Pani słowa, bo pokazują mi, żeby nie bać się napisac o czymś po raz miliard pierwszy 🙂
      W odpowiedzi na wątpliwości: ukoić dziecięce emocje najlepiej w taki sposób, jaki pomaga temu konkretnemu dziecku. Przytulić. Powiedzieć np. „Widzę, że jesteś strasznie, strasznie zdenerwowana”. Warto szukać swoich pomysłów na to, jak pomóc dziecku wrócić do równowagi, sprawdzając – i pamiętać, że to, co wczoraj pomogło, dziś pomóc absolutnie nie musi i być może potrzebny będzie nowy sposób.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *