Przedszkolaczek

Jestem sobie przedszkolaczek
Nie grymaszę i nie płaczę
Na bębenku sobie gram
Ram tam tam
ram tam tam

Kto jest beksą i mazgajem
Ten się do nas nie nadaje
Niechaj w domu siedzi sam
Ram tam tam
Ram tam tam

Taki oto hymn rozbrzmiewa co roku w większości przedszkoli. Szczerze go nienawidzę i skóra mi cierpnie ilekroć
go słyszę – przy czym rozumiem, o co chodziło autorowi. W końcu dwadzieścia kilkoro płaczących za rodzicami dzieci to nie jest to, co tygryski lubią najbardziej. Cała energia personelu przedszkola od dyrektorkę po woźną skupiona jest więc na zmniejszenie ilości wylewanych łez.
Nawet jedno płaczące stanowi zagrożenie, bo a nuż reszta sobie przypomni i dołączy do niego?

Serio, ja naprawdę to wszystko rozumiem.

Jednak cel nie uświęca środków, a kto drogi skraca, ten do domu nie wraca. Wmawianie dzieciom, ba! wmawianie komukolwiek, że jego strach oznacza, że jest cieniasem i lepiej, aby zamknął się w łazience, nie prowadzi do niczego dobrego.

Jestem gorącą zwolenniczką teorii, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Zatem, zamiast przynudzać wymienianiem iluś tam kroków ku szczęśliwej adaptacji przedszkolnej, zaproszę Was na małą wycieczkę z wyobraźnią.

Dla ułatwienia narracji pozwalam sobie demokratycznie skierować ją do płci pięknej – jest to jedynie zabieg stylistyczny, panowie – zamieńcie sobie końcówki rodzajowe wedle uznania 🙂

Praca idealna?

Wyobraź sobie, że po długiej przerwie wracasz na rynek pracy. Może kilka lat spędziłaś na wychowawczym. Może trudno było Ci znaleźć pracę i wiele miesięcy poświęciłaś na szukanie jej. W końcu jest – oferta pracy niemal idealnej, odpowiadającej Twoim zainteresowaniom, umiejętnościom, pasjom. Płaca konkretna, warunki odpowiednie – własny gabinet
(jak szaleć, to szaleć!), niezależność, ambitne zadania, odpowiedzialne obowiązki.
Poznali się na Tobie i Twoich umiejętnościach, to jasne.

Cud miód malina.

Przygotowujesz się do pierwszego dnia pracy z lekkimi obawami. W końcu trochę „wypadłaś” z obiegu, czy dasz sobie radę po takiej przerwie? Kiedy dzielisz się wątpliwościami z przyjaciółką, ta zapewnia Cię, że jesteś świetna, na pewno super się spiszesz i generalnie głowa do góry.

W końcu nadchodzi ten dzień. Podekscytowana ruszasz do pracy. Zostajesz życzliwie powitana, jednak na tym kończą się przyjemności. Samodzielny pokój okazuje się być „tymczasowo” dzielony z dwoma pracownicami, które zdecydowanie nie przypadły Ci do gustu. Jedna z nich – nie wiedzieć czemu – od samego początku nie kryje niezadowolenia
z Twojej obecności.

Odpowiedzialne obowiązki? Ambitne zadania? Cały pierwszy dzień upływa Ci na parzeniu kawy i równiutkim układaniu kartek. Wychodząc po ośmiu odbębnionych godzinach jesteś rozczarowana i rozgoryczona.

Taką spotyka Cię Twój mąż, który po pracy miał zabrać Cię na uroczysty obiad – dla uczczenia tego wielkiego dnia. Gdy dzielisz się z nim swoimi wrażeniami, bagatelizuje je:

– Nie przesadzaj, to tylko pierwszy dzień, nie oczekuj zbyt wiele. Musisz się wdrożyć do tej pracy i wtedy, gdy Ci zaufają, powierzą Ci bardziej odpowiedzialne zadania. No i chyba trochę się nakręcasz twierdząc, że ta babeczka Cię nie lubi. Przecież ona Ciebie w ogóle nie zna, wyluzuj!

Po kilku tygodniach okazuje się, że jednak się nie nakręcałaś. Koleżanka z pokoju (wciąż nie Twojego własnego!) w sposób oczywisty uczyniła sobie z Ciebie wroga, podkłada Ci świnie i czyni atmosferę w pracy nie do zniesienia. Gdy zwierzasz się z tego przyjaciółce, ona radzi:

– W ogóle nie bierz tego do głowy, zajmij się pracą, rób swoje, wszystko się ułoży.

Mąż jest podobnego zdania: To jest świetna praca, nie doszukuj się minusów.

Któregoś dnia wyjątkowo nie masz ochoty wstać do pracy. Przy śniadaniu mruczysz (trochę na wyrost, ale taki nastrój podły, no), że masz już dość i chętnie byś się zwolniła, choćby zaraz. Mąż z oburzeniem stwierdza:

Chyba żartujesz! Powinnaś się cieszyć, że masz tę robotę, wiesz ilu ludzi marzy o podobnej? Chyba trochę się rozleniwiłaś na tym macierzyńskim i zapomniałaś, co to prawdziwe życie. Inni potrafią być zadowoleni, a Ty ciągle tylko narzekasz.Weź się w garść, bo naprawdę nie mogę Cię słuchać.

Czy czułaś wsparcie bliskich osób? Czy czułaś, że masz prawo do emocji, które się w Tobie pojawiają, że jesteś rozumiana i masz przyzwolenie na wypłakiwanie się w trudnych chwilach?

Podejrzewam, że nie.

Zrobić przestrzeń

A teraz małe czary-mary i transformacja. Oto przedszkolaczek, któremu obiecano, że w przedszkolu jest fajnie, pani miła, dużo dzieci i zabawek. Po czym okazuje się, że pani może i miła, ale nie bardzo jest jak sprawdzić, bo wciąż jest zajęta innymi dziećmi; dzieci dużo, ale za dużo, płaczą, biją, zabierają zabawki; zabawki z kolei fajne, ale trzeba się dzielić, oddawać, czekać na swoją kolej – a jak się już doczeka, to miła pani każe sprzątać do obiadu. Co dziecko może usłyszeć od dorosłych?

Nie przesadzaj, na pewno nie jest źle.
W przedszkolu jest naprawdę bardzo fajnie, uwierz mi.
No wiesz, zabaweczkami trzeba się dzielić, to nie są tylko Twoje, ale wszystkich dzieci.
Kuba Cię bił? A co mu zrobiłeś? Może zacząłeś pierwszy, co? Zajmij się sobą, to nikt nie będzie Cię zaczepiał.
Słuchaj, musisz chodzić do przedszkola, bo wszystkie dzieci chodzą, a dorośli do pracy. Nie marudź, tylko wcinaj śniadanie i ubieraj się.
No zobacz, inne dzieci ładnie chodzą i nie płaczą, a Ty ciągle narzekasz.
Nie bądź taka beksa, wszystko jest dobrze, nie ma co się mazać.

I takie tam różne.

Może powiecie, że czasem potrzeba kopa, żeby przestać się nad sobą rozczulać i wziąć się w garść. Nie wiem – DOROSŁYM może czasem tak. Jednak kop, aby był odebrany jako wyraz troski, powinien być poprzedzony wyraźnym komunikatem, że to, co przeżywa druga osoba, jest ważne, szanowane i akceptowane. Często taki komunikat wystarczy, by samemu sobie dać kopa.

Nie wierzycie? Przypomnijcie sobie, czy jesteście w stanie myśleć racjonalnie przeżywając silne emocje? Pewnie nie. Dopiero gdy wyciszymy się i uspokoimy, zaczynamy analizować na chłodno i wyciągać wnioski. Wtedy widzimy, że dana sytuacja ma jakieś plusy, że w sumie nie jest tak źle, umiemy znaleźć rozwiązanie.

To proste – bo jeśli uwolni się to, co złe, zyskuje się przestrzeń na to, co dobre. Jeśli wyrzucę z siebie wszystkie obawy, lęki, gorzkie myśli, rozczarowania i złości, dopiero wtedy wydobędę ukryte pod nimi siły do zmieniania swojej rzeczywistości. Albo akceptowania jej.

Dzieci i dorosłych jednak różni fakt, że dorośli zazwyczaj sami decydują się na pracę. Dzieciom przedszkole jest mniej lub bardziej narzucane. Tym bardziej warto „nie dawać kopa” tylko wspierać emocjonalnie.

Jeśli zatem chcecie pomóc swoim dzieciom zacząć ten nowy – fajny, ale trudny początkowo – etap, róbcie przestrzeń na to, co dobre. Wysłuchujcie, nie negujcie, pozwalajcie płakać, zarzekać się, że nigdy więcej tam nie pójdą, ze spokojem przyjmować stwierdzenie, że przedszkole jest głupie. Być może wiele dalibyście, aby móc pół dnia spędzać na zabawach ze znajomymi, zamiast siedzieć w domu np. z dziećmi – ale uszanujcie, że Wasze dziecko ma odmienny pogląd na ten temat.

Pozwólcie na to wszystko, a potem wspólnie zastanówcie, się, co jest w przedszkolu fajnego. A jeśli nawet nic, to z miłością i szacunkiem, na ile starczy Wam sił, zaprowadzajcie tam swoje dziecko co rano, czule je żegnajcie i wracajcie po nie zawsze na skrzydłach.

Może nie pokocha przedszkola, ale pewnie w końcu się zaadaptuje 🙂

Foto: Fotolia.pl

10 myśli na temat “Przedszkolaczek

  1. Musze rozczarować ale w wielu przedszkolach nie śpiewa się tej pisoenki,dlatego nie używaj liczby mnogiej,po prostu jest przestarzala i nudna,co ciekawsze siegają po nią młode nauczycielki,tuż po studiach,więc może to wynika z ich pamięci albo lenistwa do sięgnięcia po cos innego…

    1. Jako nauczycielka ma Pani lepszy ogląd sytuacji. Ja podpierałam się doświadczeniami swoimi i w kręgu znajomych. Dobrze wiedzieć, że to jednak nie w większości 🙂

    2. Oburzyła się Pani na liczbę mnogą, po czym sama jej użyła w stosunku do młodych nauczycielek, lokując je z lenistwem w jednym zdaniu. Nie zabrzmiało to dobrze.

  2. U mojego syna w przedszkolu uczyli tej piosenki. Aż mnie zatkało, kiedy w domu zaśpiewał tylko ten”najlepszy” fragment o mazgaju słodkim głosikiem.Tylko tyle z całej piosenki. Myślałam, że sobie to wymyślił, wierzyć się nie chce,że coś podobnego funkcjonuje. Cieszę się,że nie jedyna mam ciary na plecach

  3. Prawda, nie w każdym przedszkolu rozbrzmiewa ta piosenka. U nas funkcjonuje inna: ”Nikt w przedszkolu się nie nudzi, oj nie nie, nie grymasi, nie marudzi, bo tu tak fajnie jest”…

  4. AP. Ta druga wersja przyśpiewki niewiele lepsza. Znowu generalizowanie.
    Nikt nie marudzi, nikt nie grymasi?? Serio? Czyli ten, kto jednak wbrew piosence ma taką potrzebę, musi czuć się wyrzutkiem. Dostaje komunikat, że to nie na miejscu. Że jego odczucia nie mieszcza sie w spolecznej normie. Nie ma prawa czuc sie źle, skoro w przedszkolu tak „fajnie.” Polecam jeszcze raz wnikliwie i ze zrozumieniem przeczytać powyższy post. Zaprzeczajac dziecięcym uczuciom, wprost czy w bardziej zawoalowanej formie, nie pomagamy mu uporac sie z wlasnymi emocjami ani zaadoptowac w nowych warunkach.

  5. Zaś w temacie komentarza pani nauczycielki: kultura osobista obowiązuje nie tylko w przedszkolnych murach, kiedy tracimy sieciową anonimowość. Może się Pani nie zgadzać z opinią prowadzącej blog, ale to nie zwalnia z przestrzegania zasad dobrego wychowania.

  6. Mój Syn idzie za tydzień do przedszkola. Wszyscy mówią, że skoro inne dzieci się adaptują i sobie radzą, to i Pit da sobie radę, a panie przedszkolanki są od tego, żeby mu pomóc. Ale to chyba głównie my, rodzice, jesteśmy od tego, żeby mu w tym pomóc, tak? A może się mylę? Sama nie wiem. Wydaje mi się, że powinnam go uprzedzić, że jak będzie chciał siusiu, albo będzie miał jakiś problem to powinien pójść do Pani. Że mogą być fajne i niefajne dzieci. Że jak coś będzie nie tak, to zawsze może nam o tym opowiedzieć. Rodzina twierdzi, że panie na pewno w pierwsze dni będą wszystko tłumaczyć i odpowiednio zajmą się dziećmi. Tylko na jedną panią przypadnie ponad dziesięcioro dzieci, czyli tłum. Jak dziecko, które zawsze było w centrum uwagi ma się samo w tym odnaleźć? Jak dobrze przygotować Malca na zmiany?

    1. Bardzo proszę, używajmy określenia „nauczyciele/ nauczycielki przedszkola”. Kiedyś wystarczyło wykształcenie średnie by pracować w przedszkolu, dzisiaj są to osoby wykształcone, po studiach pedagogicznych, bo taki obecnie jest wymóg, często mają dwa fakultety lub więcej. Słowo „przedszkolanka” brzmi niepoważnie i nie licuje ze standardami którym muszą sprostać. Części nauczycielek pewnie nie przeszkadza mówienie o nich „przedszkolanka”, jednak znam takie panie, które czują się z tym niekomfortowo.

  7. Myślę, że nie chodzi o to, czy dokładnie ten, czy trochę inny hymn śpiewają Dzieci we współczesnych przedszkolach, a o to, co Rodzice, Nauczyciele robią z dziecięcym, przedszkolnymi łzami. Jak je rozumiemy po prostu.
    Pamiętam ten hymn z własnego dzieciństwa. Kiedy w jednej sali gromko pobrzmiewał, w szatni rozchodził się szloch. Mam w uszach mantrę, którą wówczas słyszeliśmy. SŁYSZYCIE, JAK TAM DZIECI WESOŁO ŚPIEWAJĄ?
    Rzecz w ty, że nie słyszeliśmy…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *