Nieśmiałek

Dwa lata temu znajomy zaprosił mnie na spotkanie Dyskusyjnego Klubu Książki. Mimo radości, że odtąd będę mogła pełniej realizować swoją czytelniczą pasję, w drodze na spotkanie towarzyszyły mi obawy.
Jak zostanę przyjęta?
Co to będą za ludzie?
Czy odnajdę się w tej zżytej, spotykającej się już długo, grupie?

Pierwsze spotkania upływały mi głównie na słuchaniu. Zapytana grzecznie odpowiadałam, jednak przede wszystkim obserwowałam, poznawałam uczestników, chłonęłam ich rozległą wiedzę dotyczącą książek.
Dopiero teraz, po tych niemal dwóch latach, czuję się między nimi swobodnie. Wciąż nie należę do specjalnie gadatliwych, a swoje opinie zamykam w dwóch-trzech zdaniach, jednak czuję się tam bardzo swobodnie i “u siebie”.

Dlatego jest mi łatwo zrozumieć dzieci, które w nowym otoczeniu trzymają się maminej spódnicy.
Które siedzą na kolanach opiekuna i obserwują otoczenie. Które zagadywane, wtulają się cała buzią w rodzica, jakby chciały zniknąć.
– Oj, jaki wstydzioszek – komentuje wtedy zazwyczaj zaczepiająca osoba, a komentarz ten ma w sobie coś z lekkiej nagany.
Premiowane są te dzieci, które bez najmniejszych oporów wchodzą w dialog z nieznajomymi, zagadują innych, a w nowym miejscu natychmiast rzucają się w wir zabawy.
W tym społecznym kulcie samodzielności i przebojowości duzi i mali, którzy potrzebują trochę czasu na oswojenie nowej sytuacji są niestety postrzegani jako “gorsi”.

I my, rodzice, czujemy niepokój, gdy nasze dzieci nie chcą opuścić bezpiecznej przystani naszych kolan, wolą siedzieć i patrzeć, jak bawią się inni.
Chcielibyśmy, żeby wbiegały do sali lub na plac, zagadywały inne dzieci, proponowały zabawy, animowały społeczność lokalną.
Mielibyśmy poczucie dobrze spełnionego rodzicielskiego obowiązku i uznanie w oczach innych dorosłych.
– Ależ przebojowa, jaka odważna! – mówionoby o naszych dzieciach z podziwem.

Tymczasem, po pierwsze: ludzie są i tacy, i tacy. Wycofani i przebojowi. Zdystansowani i bardzo otwarci. Adaptujący się do zmian ze skutkiem niemal natychmiastowym i potrzebujący na to trochę więcej czasu.

Dlaczego któraś z opcji miałaby górować nad inną? Kto zdecydował, która jest lepsza?

Po drugie: to, że dziecko w wieku lat dwóch większość zajęć, na które przyprowadza się je, aby się “socjalizowało”, miało kontakt z rówieśnikami czy też spędzało czas kreatywnie – to, że ono te zajęcia spędza głównie na siedzeniu z mamą/tatą/babcią, nie świadczy ani o tym, jakie będzie w dorosłości, ani nie czyni pieniędzy wydanych na te zajęcia wyrzuconymi w błoto.

Ta wydłużona opieka nad potomstwem, związana z silnym przywiązaniem do opiekuna (najczęściej matki) jest charakterystyczna dla naszego gatunku.
Cóż z tego, że młode źrebięta już w godzinę po narodzinach stają na własnych nogach? Nie jesteśmy źrebiętami.
Cóż z tego, że młode kotowate bez problemu spędzają większość czasu w oczekiwaniu na powrót matki z polowania, a w kilka miesięcy po przyjściu na świat potrafią samodzielnie polować? Nie jesteśmy kotami.

Jesteśmy naczelnymi i potrzebujemy silnej więzi z opiekunem. Prawidłowa więź gwarantuje nam normalny rozwój umiejętności społecznych. Siedzenie na kolanach mamy niejako zapisane w genach. Potrzebujemy tej bazy nie dlatego, że się źle rozwijamy społecznie, tylko właśnie dlatego, że rozwijamy się prawidłowo.

I chociażby nie wiem jak atrakcyjne było otoczenie, nie weźmiemy sobie z niego absolutnie nic, jeśli nie będziemy czuć się w nim bezpiecznie.

Zatem “nieśmiałek” jest tylko i wyłącznie dzieckiem, które potrzebuje więcej czasu. Trzyma się z dala dopóki nie poczuje się pewnie. Dopóki nie nawiąże bezpiecznej relacji.
Początkowo wymaga obecności bliskiej osoby, chce ją nie tylko widzieć, ale czuć, dotykać. Stopniowo (może po 5, może po 10, a może po 30 minutach, a i to nie jest górną granicą) może się oswajać i próbować włączać w otoczenie.
Jednak w razie jakiegokolwiek niepokoju powraca do “bazy” bliskiej osoby, aby przekonać się, że jest bezpieczne.

Czy można takiemu dziecku pomóc?
Oczywiście. Nie ponaglać. Nie martwić się, że coś jest nie tak. Nie dać sobie wmówić, że dziecko jest zbyt przywiązane do rodzica (serio można być ZBYT przywiązanym?).
Nie wisieć nad dzieckiem – ani chcąc je ochronić, ani wymagając większej samodzielności.
Towarzyszyć mu w takim tempie i w takim wymiarze, jakiego potrzebuje. Ni mniej, ni więcej.
I porzucić założenie, że jakimikolwiek swoimi działaniami możemy przemienić nasze zdystansowane dziecko w duszę towarzystwa.

Jako mama, która wielokrotnie słyszała określenia “wstydzioszek” i “ależ nieśmiałe” w odniesieniu do swoich dzieci, odmieniane przez przypadki, liczby i rodzaje, mam pełną świadomość, że bywa to trudne.
Nie zliczę, ile razy miałam wątpliwości, czy to dobra droga. W końcu wspieram i wspieram, a efektów nie widać.
Dziś widzę dobitnie. I jestem przeszczęśliwa, że wszystko szło swoim naturalnym tempem, że mogłam widzieć, jak moje dziecko dojrzewa do samodzielnego zakupu gazetki, samodzielnego pójścia do sklepu, samodzielnego zadzwonienia domofonem po koleżankę, a następnie wzięcie pod swoje skrzydła młodszego rodzeństwa i towarzyszenie mu w stawianiu pierwszych samodzielnych kroków bez mamy.

Nigdy nie uważałam,  że są nieśmiałe – może dlatego one nie myślą dziś tak o sobie?

 

Foto: Pixabay.com

SPODOBAŁ CI SIĘ TEN ARTYKUŁ?

Jeśli tak, dołącz do newslettera i otrzymuj prosto na swoją skrzynkę powiadomienia o nowych wpisach oraz wyjątkowe treści dostępne tylko dla subskrybentów!

Dołącz teraz

6 myśli na temat “Nieśmiałek

  1. Moja córka wywrzaskuje „Ja się boję! Ja jestem nieśmiała! Wstydzę się!”, kiedy sugeruję, że powinna skoczyć do sąsiedniego bloku pożyczyć zeszyt od koleżanki. Kiedy trzeba w szkolnym sklepiku kupić sobie kubek herbaty. Kiedy… Ale grzecznie odpowiada na pytania obcych, potrafi pójść po zakupy do osiedlowego sklepu czy zaopiekować się rodzeństwem – swoim, ale i koleżanki.
    Ja, wygadana, pyskata, pewna siebie, też jestem nieśmiała. Ledwo żyję, kiedy muszę gdzieś zadzwonić, słabo mi na myśl o konieczności załatwiania spraw urzędowych…
    A mój syn, który potrafi animować, zabawiać i tak dalej – najpierw z bezpiecznej odległości obserwuje. Szacuje. Ocenia sytuację. I nigdy się na swojej ostrożności nie przejechał, dobrze wybiera.

    Ot, tak właśnie mylą te wredne pozory 😉

    1. Nienawidzę dzwonić i załatwiać spraw urzędowych. Z sąsiadami rozmawiam bardzo chętnie 🙂

  2. Bardzo dziękuję za ten tekst! Moja córka potrzebuje więcej czasu w nowych sytuacjach i zawsze, kiedy zaczynam się tym martwić, myślę sobie : hej przecież ja też tak mam. To bardzo ważna lekcja, żeby nie martwić się tym, co inni myślą o tej sytuacji, ale tym, jak nasze dziecko się w niej czuje. Dziękuję, że mi to uporządkowałaś.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *