Mała złość, duża złość

Na początku jest w porządku. Jestem w trasie, najedzona i wypoczęta w miarę, choć snu było mało. Słucham muzyki, droga puściutka, pogoda nienajgorsza.

Potem jakoś tak się robi, że wycieraczki obniżają standardy pracy, mażą mi po tych szybach, ograniczając widoczność, zaaferowana nimi skręcam w zły zjazd z ekspresówki i nagle znajduję się na jakimś końcu świata. Mży, przede mną wąska, nieutwardzona droga – boję się zawrócić, żeby nie ugrzęznąć w błotnych koleinach, jadę więc naprzód, a z każdym obrotem kół narasta moje zniecierpliwienie i irytacja.
Bo ja powinnam mknąć do domu, a nie tłuc się po nieznanym świecie.
Ale to zdenerwowanie ma źródło we wczoraj, ja to wiem. W trudnym dniu, pełnym wyczerpujących przeżyć i doznań. Nie było dotąd okazji, by się nimi zająć, czas gonił, zadania się piętrzyły – i teraz te wszystkie nagromadzone emocje jakby wyczuły sposobność okazji, już czają się pod powierzchnią, już wietrzą, jak tu się wydostać na zewnątrz.
Raz czy drugi wydaję gardłowy okrzyk zniecierpliwienia. Jakoś nie pomaga, ale mam wrażenie, że robię chociaż cokolwiek, by się z tym napięciem uporać – bo nie mogę teraz się zatrzymać, wziąć paru głębokich oddechów i oddać się głębszej refleksji.
I wtedy dzieci z Arki Noego zaczynają śpiewać “Jesteś jak GPS, prowadzisz kiedy błądzę…”
To jest chyba jakiś żart, myślę sobie, usiłując przełączyć płytę, naciskam raz i drugi, ale nie przestają. Wybucham – gdyby tylko panel wbudowany był pod innym kątem, zmiażdżyłabym go jednym uderzeniem swojej stalowej w tym momencie pięści.
Ale nie jest, ciskam go więc na puste siedzenie pasażera, w aucie zalega cisza – przerywana jedynie moim wściekłym sapaniem. Muszę wyglądać jak rozjuszony byk podczas corridy, ale w ogóle mnie to nie obchodzi w tym momencie, jestem wzburzona do granic, rozsierdzona, rozdygotana i sfrustrowana.

Jak to się dzieje, że w całym tym wybuchu emocji przemyka mi przez rozedrganą głowę myśl o dzieciach, nie wiem.
Faktem jest, że się pojawia. Wyobrażam sobie, że ktoś mówi teraz do mnie to, co zdarza mi się mówić dzieciom, gdy jestem zamknięta na ich złość.
– Jeśli masz ochotę tak wrzeszczeć, wyjdź do pokoju, bo ja nie chcę tego słuchać.

Albo cokolwiek w tym duchu. Nawet okraszone pseudoempatią.
– Jesteś zdenerwowana tą sytuacją, rozumiem. Potrzebujesz mojej pomocy? Rozumiem, poradzisz sobie sama – ja tylko chciałabym, abyś przestała tak krzyczeć.

To jest myśl, która z prędkością światła przebija mi głowę i zostawia w niej tunel przelotowy. Nie daje odpowiedzi, tylko silne wrażenie – niechby ktoś spróbował w ten sposób, zginąłby niechybnie.

BO JA JESTEM WŚCIEKŁA i nie potrzebuję pouczeń, tylko rozmasowania karku i kojących słów: Spokojnie, zaraz się z tym uporamy. Silnego, wyzwalającego oksytocynę przytulenia. Kojącego ciepła.
A jeżeli nie tego, to chociaż nie wtrącania się. Ostatnia rzecz, jaka mnie teraz interesuje, to to, że komuś moja złość jest nie po drodze. Że mam się opanować i uspokoić, bo zachowuję się jak jakaś nawiedzona histeryczka.
No i co z tego, że się tak zachowuję?!

Sytuacja rozładowuje się tak szybko, jak się nakręciła. Powraca jasność myślenia i poczucie humoru – na myśl o prowadzącym auto sapiącym byku czuję już tylko rozbawienie.
Ale tunel w głowie nie znika.
Wiem doskonale, na co nigdy nie chciałabym się zgodzić.
Żeby moje dzieci wyrażając złość krzywdziły innych. Biły, popychały, szarpały. Raniły słownie, wyzywały, obrażały. Nie chcę się na to zgadzać i nie zgadzam się.
A jednocześnie, odkryłam to wtedy w tym aucie, w pilnowaniu bezpieczeństwa i ochronie granic można się zapędzić. “Mogę ci jakoś pomóc?” oznacza w moich ustach często “Świetnie byłoby, gdybyś ucichła pięć sekund po tym, jak cię przytulę”.
I dlatego, gdy pomoc jest odrzucana, pozostaje mi tylko “To weź gdzieś stąd idź, bo łeb mi pęka”. Owszem, ubieram to przesłanie w język osobisty i może nawet nieoskarżający, ale to pudrowanie trupa. Przekaz jest jasny, czytelny i totalnie niewspierający.

Nie, nie mam żadnych nowych wytycznych dla sytuacji podbramkowej. Żadnego algorytmu obliczającego równowagę między potrzebami całej rodziny a potrzebą jednej, rozzłoszczonej osoby. Zero recept na dni, w których będę zmęczona, rozdrażniona i pozbawiona najmniejszej siły na wspieranie kogokolwiek.

Wiem tylko, że krzyk nie rani. Nie jest przyjemny, nie pożądam go jakoś szaleńczo – ale nie mogę powiedzieć, by porykiwania moich wściekłych dzieci uderzały w naszą relację. One mnie po prostu drażnią, ot cała tajemnica – ale dotychczasowe próby ukracania tychże nie sprawdzały się. Bo złości nie można skrócić.
Można ją zdeptać i zdusić, ale wylezie.
Można ją podsycać, ale tego nie chcemy.
I można dać się jej przetoczyć, a do tego potrzeba ją zaakceptować.
Można ją przyjąć nawet nie zgadzając się na krzywdzenie innych. Mogę zatrzymać rękę, która chce uderzyć, a jednocześnie mieć w sobie zgodę na tę złość.
A ja jej często nie mam, co tłumaczę na różny sposób.
Że złość ok, spoko, niech będzie, ale wrzaski i trzaskanie szafkami nie. Bo nie jesteś tu sama moja droga, więc najlepiej złość się proszę tak, żeby nikt o tym nie wiedział.
Niestety, w momencie gdy stawiam na szalach czyjąś złość i swój spokój, przegrywam. Bo kto rozsądzi, co ważniejsze?
W zasadzie dlaczego mój spokój i komfort ma mieć większe znaczenie niż czyjś ból i rozpacz?

I jeśli czuję się bezwarunkowo kochana przez bliskich, to najbardziej wtedy, gdy moja złość, gwałtowna i pełna ekspresji, spotyka się z ich otwartymi ramionami. Gdy tulą, rysują laurki, głaszczą po dłoni albo dojrzale stwierdzają: Lepiej chodźmy, ona musi zostać teraz trochę sama.

Chcę o tym pamiętać – nawet wtedy, gdy brak mi sił na wspieranie; wolę otwarcie powiedzieć, że nie umiem teraz pomóc, niż kazać komuś poradzić sobie ze sobą, bo ja sobie ze sobą nie radzę.

 

 

Foto: Pixabay.com

SPODOBAŁ CI SIĘ TEN ARTYKUŁ?

Jeśli tak, dołącz do newslettera i otrzymuj prosto na swoją skrzynkę powiadomienia o nowych wpisach oraz wyjątkowe treści dostępne tylko dla subskrybentów!

Dołącz teraz

11 myśli na temat “Mała złość, duża złość

  1. Moim stałym problemem jest wysoki ton zawodzenia mojego dziecka, takiego połączenia złości i użalania się nad sobą. I mam wrażenie, że problem jest fizjologiczny, częstotliwość dźwięku mi coś robi. A że mieszkanko jak dziupelka, to nawet nie mam żadnych sposobów na to. I wtedy zaczyna się zabawa :/

    1. Znam dźwięk, znam jego działanie, rozumiem cała sobą to, o czym piszesz.
      U nas dawno te tony nie dźwięczą, więc nie będę chyba mogła przetestować, czy akcja w aucie pomogła mi znaleźć w sobie przestrzeń i na nie 🙂

  2. Przeczytałam to właśnie po akcji w której darłam się jak nienormalna. Maly wrzeszczy jak co dzień na przewijaku. Musze trzymać bo się pręży a mala nagle robi siku na podłogę bo dlaczego nie. No i mój byk wybiega. Wrzeszczę sapie. Nie wiem jak ja ukarać co powiedzieć.a trzymam w ręku paczkę wyciąganych chusteczek higienicznych. No to rzucam w nią chusteczkami. A ta sie chichra! Śmieje sie w głos.ba ja bezsilna.. No ale wiem. Specjalnie sie przeciez nie zsikała.bo tak sobie myślę. Jakby mi nagle ktoś powiedział ze mam iść sobie wrzeszczeć gdzie indziej to chyba by całą paczką oberwał. Uffff. Dzięki Gosia!

    1. ufff, dobrze, że nikt się nie napatoczył z dobrą radą 😉 i że miałaś pod ręką jedynie chusteczki 😉

  3. Temat mi bliski. Jak mój trzyipółlatek krzyczy, to staram się skupiać na tym, co tu opisałaś. Że ja bym nie chciała usłyszeć, że mam wyjść z pokoju i krzyczeć gdzie indziej. Że ten krzyk pomaga mu się uspokoić, a więc niech krzyczy. Nic innego nie pomaga, bo on nie chce przytulania, nie chce słów, nie chce narysować, jak bardzo jest zły ani nic z tych rzeczy. Chce po prostu krzyczeć.

    Ale… ILE MOŻNA? Piszesz, że jego krzyk mnie nie rani. Tak, psychicznie mnie nie rani. Rani mnie fizycznie, zupełnie dosłownie. Dzień w dzień boli mnie głowa od tego krzyku, bo on jest ciągle, co chwilę, o wszystko. Gdzieś tak od półtora roku. To miała być faza, która minie, ale na razie nie mija. Jak mnie już po kilku godzinach boli głowa, to słysząc kolejną dawkę krzyku kulę się w sobie. Boli mnie coraz bardziej. Ile można wytrzymać? Czy naprawdę muszę wytrzymywać?

    1. Absolutnie nie musisz. Dla mnie to było doświadczenie, które zmieniło trochę moje podejście do złości moich dzieci.
      Natomiast na co dzień staram się pomóc im uporać się z emocjami szybciej, zanim nastąpi wybuch.
      Może to byłoby rozwiązanie dla was?
      Może porozmawiać na spokojnie, o tym jak wielka bywa złość, jak bardzo chce się ją wtedy wyrzucić krzykiem, czy to pomaga, jak Ty to widzisz i czujesz, poszukać rozwiązań razem? Nie ma żadnej gwarancji, że to zadziała od razu, ale jestem pewna, że pomoże dziecku podjąć refleksję na temat tego, jak uporać się z tym inaczej.

      Widzę, że moje dzieci naprawdę się starają powściągać odruchy, właśnie dzięki temu, że rozmawiamy – a jednocześnie dostają ode mnie wsparcie, gdy to powściąganie im nie wyjdzie.

  4. U mnie akcja sprzed 2 dni… już ostygłam, już przemyślałam, na kartce żale spisałam… a dzisiaj byk wylazł…. nie do dziecka, a do męża… ale źle mi z tym, że we mnie siedzi ten byk, że w ogóle wylazł… że nie umiałam go wyciszyć na dobre… że młody słyszał jak wybuch… na szczęście bez obrażania się nawzajem, przekleństw i wyzwisk… ( ale sam krzyk!- mój krzyk na M. ) i na co moje 3 letnie ” chodź pooddychamy razem” , „spokojniej”, „choć poprzytulamy się” kiedy dałam mu dzisiaj chyba najgorszy możliwy przykład… jeszcze dużo nauki przede mną… dużo pracy w uczeniu się zwykłej rozmowy… tłumaczę to gorączką przedświąteczną. ehhh 🙁

    1. kazdy ma prawo wybuchnąć, nawet mama. dziecko też się tego uczy, że mama nie zawsze jest silna, że może miec gorsze dni, ze jest po prostu człowiekiem, który się złości, jak ono same. i mysle ze nie jest to zly przykład, to jest po prostu życie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *