Moje dziecko nie chce jeść

MojeDziecko_120px

Carlos Gonzalez „Moje dziecko nie chce jeść”

Przeczytałam tę książkę i wściekłam się jak rzadko kiedy. Na to, jak wielu lekarzy na jakiekolwiek zmiany w sposobie odżywiania się dzieci zaleca odstawianie piersi i uzupełnienie diety stałymi pokarmami.

Na to, w jak wielu domach, z powodu ekspertów wątpliwej maści, dzień w dzień rozgrywa się żywieniowy koszmar, włączając w to wymiotowanie przez przekarmiane dzieci.

Na to, że mleko matki dziecka pow. 1 rż to woda.

Wściekłam się też w imieniu zmuszanych do jedzenia dzieci – zmuszanych w domach, w przedszkolach, w szkołach, wszędzie. Metodami mniej lub bardziej drastycznymi.

I w swoim imieniu też. Wprawdzie nigdy nie doświadczyliśmy większych kłopotów, jednak wiele razy słyszałam od lekarzy, że moje mleko po roku nie ma już żadnych wartości. A rozszerzając dietę swojemu 3. dziecku okłamywałam pediatrę, żeby nie dostać nagany za niepodanie dziecku w 8. czy 9. miesiącu mięsa.

I mimo tego (a może właśnie dlatego), jak mnie ta książka poruszyła, uważam ją za absolutny must have dla przyszłych rodziców, oraz lekturę obowiązkową dla tych już doświadczających uroków rodzicielstwa. Nieważne, jak jedzą ich dzieci – jeśli nawet zjadają wszystko i pięknie, a ich tempo wzrostu mogłoby służyć za wzorzec siatki centylowej (tak, wiem, że to nieścisłość, ale dla potrzeb recenzji jest ona bez znaczenia), na pewno znają choć jedną matkę – sąsiadkę, kuzynkę, siostrę, koleżankę – która takiego szczęścia nie miała. Zanim zostanie wpędzona w błędne koło, być może ktoś poda jej rękę i wskaże kierunek.

A kierunek jest prosty. Nie zmuszaj. Twoje dziecko je tyle, ile potrzebuje. Jeśli coś cię niepokoi, zrób potrzebne badania. Jeśli wyniki będą zadowalające – nie zmuszaj. Jeśli nie – oddajcie się w ręce lekarzy.

Książka oczywiście rozwija bardzo szczegółowo to stwierdzenie, w sposób zdroworozsądkowy przeliczając liczby, wartości, kilogramy, kalorie, mililitry i cokolwiek jeszcze mogłoby budzić niepokój. Pisana jest ze swadą, nieco sarkastycznie momentami – mimo iż gustuję w ironicznym poczuciu humoru, myślę, że czasami może ocierać się o cienką granicę wrażliwości danego czytelnika.

Mimo wszystko, czuć sympatię autora do rodziców, z którymi się spotyka w swojej praktyce lekarskiej, oraz czytelników, do których kieruje książkę.

Ta książka ma jeszcze jedną ważną cechę. Uspokaja. Uwielbiam, gdy książka daje mi poczucie spokoju wewnętrznego. Nie chodzi mi o to, że ma głaskać po głowie i przytakiwać „dobrze robisz”. Jeśli jednak musi skorygować, zganić, robi to zdecydowanie w sposób nie wpędzający w poczucie winy. Nie oskarżający. Jeśli nawet jest mi niewygodnie, to dlatego, że muszę przemyśleć swoje postępowanie – nie dlatego zaś, że coś jest nie tak ze mną lub z moim dzieckiem.

Zdecydowanie zostanie w mojej biblioteczce.

 

Powrót do poprzedniej strony