Jak sobie radzę ze złością

Mam dość gwałtowny temperament. Teraz, po niemal 10 latach bycia mamą i z racji bycia o dekadę starszą, jest już o niebo lepiej – jednak często moim odruchem jest reakcja zamiast refleksji i nieraz muszę się powstrzymywać przed pójściem za tym odruchem.

Próbowałam coś z tym zrobić długo, długo wcześniej. Niestety, rady w stylu “weź głęboki oddech” lub “wyjdź z mieszkania i zaczerpnij świeżego powietrza” powodowały we mnie jedynie frustrację. Otóż często zanim pomyślałam o wzięciu oddechu, już wydzierałam się w najlepsze i wszelkie techniki relaksacyjne były moją ostatnią myślą.

Z kolei wyjście z domu, w którym jest się jedynym opiekunem dwuletniego dziecka, nie wchodziło absolutnie w grę. A wyjście do sąsiedniego pokoju okazywało się aż za często niewystarczające.

Wypracowanie sobie własnej metody, skutecznej w większości sytuacji, zajęło mi trochę czasu, pochłonęło nieco wyrzutów sumienia (“przesadziłam!”) i mnóstwo rozmyślań (“czemu w zasadzie tak się rozjuszyłam?”).

Co takiego robię?

Obserwuję siebie. Łatwiej jest mi zapanować nad emocjami, gdy są jeszcze niewielkie. Kiedy czuję szum w głowie, drżenie rąk i suchość w ustach, jest zazwyczaj za późno – tylko krok dzieli mnie od wybuchnięcia. Nauczyłam się rozpoznawać wcześniejsze sygnały, które moje ciało wysyła jako informację, że sytuacja robi się trudna.

Bardzo trudno było mi przekonać się do takich obserwacji. Nie należę do osób podejmujących dialog ze swoim organizmem i – szczerze mówiąc – początkowo podchodziłam do tego pomysłu jak pies do jeża. Jakieś tam pseudonaukowe brednie, tak sobie wtedy myślałam. Dopiero kiedy zauważyłam tę zależność, że moje najgorsze wybuchy poprzedzone są zawsze tymi samymi odczuciami, byłam gotowa zaryzykować przyglądanie się sobie.

Moment, w którym jestem w stanie jeszcze się zatrzymać, to ten, kiedy wszystkie mięśnie stają się napięte, a twarz (widzę to oczami wyobraźni) wykrzywia grymas zniecierpliwienia. To jest mój konkretny sygnał, że pora działać, zanim sytuacja wymknie się spod kontroli.

Staram się nie oceniać. To, co najczęściej rozpala mnie do białości, to moja interpretacja sytuacji.
On mnie ignoruje.
Ona to robi specjalnie.
Oni są złośliwi.

Staram się patrzeć jak bezstronny obserwator, nie przypisując dzieciom żadnych intencji. A jeśli nie żadnych, to przynajmniej nie tych złych.

Po pierwsze dlatego, że zazwyczaj wcale ich nie mają. Jeśli moje dziecko robi coś specjalnie, to nie specjalnie po to, żeby mnie rozzłościć, ale po to, by zająć się jakąś swoją potrzebą. Córka, która skacze po mnie mimo moich próśb, aby przestała, nie robi tego przeciw mnie; zazwyczaj jest tak naładowana energią, że nie potrafi się powstrzymać. Często też wysyła mi w ten sposób sygnał, że potrzebuje kontaktu fizycznego ze mną, przepychanek, siłowanek, wspólnych zabaw.

Po drugie dlatego, że to oceny wzmagają moją złość. Kiedy myślę o dziecku, że mnie ignoruje, podchodzę do tego bardziej emocjonalnie, niż gdy stwierdzam po prostu, że nie odpowiada, gdy do niego mówię. W pierwszym przypadku rodzi się we mnie poczucie krzywdy i złość (jak ono śmie!), w drugim skupiam się na tym, jak dotrzeć do niego, by chciało słuchać.

Daję sobie prawo do złości. To trudne, bo czasami staram się być miła, gdy w środku wszystko wrze – głęboko na dnie mam schowane przeświadczenie, że rodzic powinien być zawsze spokojny i cierpliwy.
Jasne, cierpliwość jest kluczem, który otwiera wiele sytuacji, jednak udawanie spokoju, gdy spokoju brak, nie wydaje się mieć wiele wspólnego z cierpliwością. Problemem nie jest samo przeżywanie emocji, tylko sposób jej wyrażania. Czasami przyznanie się przed sobą samą, że jestem zdenerwowana, pomaga mi trochę obniżyć temperaturę emocji i działać nieco spokojniej. Czasami.

Szukam rozwiązań. Nie poprzestaję na emocjach (jestem wściekła!), tylko staram się znaleźć potrzeby, które za nimi stoją (np. w sytuacji, gdy dziecko nie słucha tego, co do niego mówię – potrzeba bycia wysłuchaną, zauważoną). Kiedy skupiam się na tym, czego potrzebuję, kieruję swoje siły ku poszukiwaniu rozwiązania (jak mogę dotrzeć do dziecka z tym, co chcę mu przekazać?) zamiast oskarżać dziecko (znowu mnie lekceważysz!).

Widzę też, że często dzieciom łatwiej jest przyjmować informacje nt. moich potrzeb (potrzebuję trochę spokoju, czy możecie bawić się w pokoju obok?) niż nt. emocji (jestem zdenerwowana, gdy skaczecie po kanapie, na której czytam książkę). Mam wrażenie, że czasem te emocje je przytłaczają (mama jest na nas zdenerwowana) nie dając sygnału, co można zrobić z sytuacją.

Tłumaczę sobie sytuację. Kiedy robi się naprawdę gorąco, ostatnią deską mojego ratunku staje się mój dialog ze mną samą.
Zorganizowałam kiedyś dzieciom edukacyjną wycieczkę wiosenną. Zaplanowałam trochę atrakcji i początkowo były zainteresowane, jednak stopniowo ich entuzjazm gasł i zaczynały okazywać zniecierpliwienie.
Wtedy akurat nie zdążyłam porozmawiać ze sobą, zanim krew mnie zalała – zrobiła się niezła draka. Jednak po ochłonięciu, gdy przeanalizowałam sytuację, odkryłam dwie proste prawdy:

1) Zależało mi na tym, by dzieci przyjęły z wdzięcznością to, co im zaoferowałam i zabolało mnie, że mój wysiłek nie został doceniony.

2) Dzieci nie chciały mnie zranić i zlekceważyć, a jedynie dawały mi sygnały, że nasze pojęcia “atrakcyjnej wycieczki” nieco się różnią. Zamiast poznawać nazwy wiosennych kwiatków, wolały ganiać się po pagórkach. To nie był sygnał, że jestem kiepską mamą (a tak to odebrałam), tylko że ich potrzeby w tej sytuacji odbiegają nieco od moich wyobrażeń.

Dostałam wtedy bardzo cenną lekcję, która pomogła mi potem wielokrotnie uniknąć burz. Kiedy widzę, że dzieci w trakcie różnych naszych działań edukacyjnych zaczynają się kręcić, rozglądać na boki i pytać “kiedy koniec?”, to wiem, że nie trafiam do nich z tym, z czym chcę trafić. Dzięki tamtej sytuacji nauczyłam się zatrzymywać w takim momencie i albo przyjaźnie kończyć zajęcia, albo zmieniać tor, którym podążają.

Kluczem jest jednak dla mnie powiedzenie sobie “Odbieram tą sytuację jako zagrożenie dla siebie samej (podważenie moich kompetencji, zlekceważenie mojego wysiłku), ale tak nie jest. Nie muszę się bronić, bo nikt mnie nie atakuje. Ja jestem w porządku i moje dzieci też są w porządku. Nie muszę z nimi walczyć”.

Wciąż zdarza mi się działać impulsywnie. Widzę jednak, jak te parę kroków pomaga rozładowywać wiele sytuacji w ciągu dnia. Opanować odruchy i działać racjonalnie. Stałam się bardziej przewidywalna i zrównoważona w swoich reakcjach. A jednocześnie wciąż autentyczna.


To jest moja lista – subiektywna i niewyczerpująca tematu. Jakie są Wasze sposoby na radzenie sobie z dorosłą złością? Stwórzmy listę, z której każdy będzie mógł wybrać coś dla siebie!

Foto: Pixabay.com

SPODOBAŁ CI SIĘ TEN ARTYKUŁ?

Jeśli tak, dołącz do newslettera i otrzymuj prosto na swoją skrzynkę powiadomienia o nowych wpisach oraz wyjątkowe treści dostępne tylko dla subskrybentów!

Dołącz teraz

8 myśli na temat “Jak sobie radzę ze złością

  1. Małgosiu, po cichu podczytuję od kilku tygodni Twojego bloga i muszę Ci się do czegoś przyznać. Jesteś dla mnie lustrem idealnym. Bardzo odnajduję się w Twoich wpisach.
    Co do moich sposobów na złość. Pierwszą rzeczą jaką robię, gdy zaczynam być nadmiernie wrażliwa na zachowania moich dzieci, kiedy czuję, że pod skórą zbierają mi się drobinki złości tak dotkliwie, że robię się dosłownie chropowata, to wyznaczam sobie możliwie najbliższe dwie daty. Jedną na dłuuugi sen, druga na wyjście gdzieś z mężem. Kiedy czuję się wyspana i mamy chwilę dla siebie, chropowatość znika jak ręką odjął. Drugi sposób to w chwili „tuż przed wybuchem złości” uczę się przywoływać sobie na pamięć obrazy, które nosze w sobie z własnego dzieciństwa. Przypominam sobie co sama czułam, gdy ktoś na mnie krzyczał, szarpał czy mówił przykre słowa. Chęć na to samo wobec dzieci pryska jak bańka mydlana. Pozdrawiam serdecznie

  2. Świetny artykuł i wnioski, sam również staram się stosować te metody. Mi jeszcze pomaga stawianie sobie małych celów i ich realizacja, zamiast od razu wielkich. Pomagają techniki relaksacyjne, asertywność, rozwijanie pasji i dużo leniuchowania 🙂

  3. Oj tak impulsywność to taki szorstki sweter, który odkąd mam dziecko, uwiera mnie sto razy bardziej niż kiedyś. Uczę się radzić sobie z nią obserwacją własnego organizmu i wiem, że nagromadzone frustracje wynikają u mnie z niezaspokojonych potrzeb, np.: snu, relaksu (bez dziecka a chętniej w towarzystwie męża) i właściwie ta wiedza to dla mnie kamień milowy. Wówczas moje radzenie sobie z moją złością wychodzi mi coraz lepiej. W każdym razie, nie pozwalam jej tlić się we mnie, tylko rozładowuję ją w coraz bliższy asertywności sposób.
    Masz rację, że komunikując dziecku czego potrzebujemy my, uzyskujemy znacznie lepsze efekty niż prosząc je, żeby czegoś zaprzestało.
    Mam dwulatka w domu, którego emocje bywają bardzo intensywne i czasem kompletnie oddalone od faktycznych potrzeb. Poświęcając mu wiele uwagi, zauważyłam że my dorośli, także nauczyliśmy się żyć ze sobą uważniej. Kontakt werbalny i przytulanie działają u nas na dużych i małych. A czasem także małe chwile odosobnienia, bycia obok siebie ale nie ze sobą, bywają koniecznością dla higieny psychicznej. Tyle czy aż tyle?

  4. Fajny wpis. Bardzo konkretny, praktyczne rady.U mnie cierpliwość niestety szwankuje, ale też bardzo się staram 🙂 Pozdrawiam i życzę radości z wychowywania dzieci (dziecka) 🙂

  5. Liczenie do 10. Odkąd uczę tej metody moją pięciolatkę, kiedy się wnerwi i wrzeszczy, sama jakoś się wyciszam i wspólne liczenie zaczyna chyba służyć nam obu. Ale jeszcze nie zawsze. To chyba praca na całe życie. Najważniejsze, żeby pamiętać, że nawet jak się nakrzyczy i zachowa agresywnie, to jest droga powrotna – do relacji, równowagi, bliskości.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *