Słowa mają znaczenie

Ten tekst dedykuję dentystce moich dzieci. Byłej dentystce. Początkowo chciałam Jej wysłać rachunek za ubogacone leczenie córki w prywatnym gabinecie, ale później odkryłam, że zupełnie niechcący udzieliła mi bardzo cennej lekcji. Lekcji skuteczniejszej niż tysiąc poradników.

Najpierw trzeba się cofnąć całkiem sporo – niemal rok. Gabinet dentystyczny, rutynowy przegląd i wyrok – jest dziurka, trzeba wyczyścić. Ostatnio poszło gładko, więc bez żadnego stresu córka poddaje się leczeniu, jednak w trakcie coś jej zaczyna przeszkadzać, popłakuje, że boli.

– Boli? Eeee, chyba przesadzasz. – stwierdza Pani dentystka nie przerywając leczenia.
Córka jednak narzeka dalej – kręci się, wierci, popiskuje. Do akcji wkracza pomoc dentystki, dość oschła starsza pani.
– Ojeju jeju jak to boli – szydzi – Ajajaj!

Nietrudno przewidzieć, że taki komentarz wzmaga płacz. Chwila przerwy, próbuję wesprzeć córkę, rozumiejąc, że jest nieprzyjemnie, że niewygodnie – proszę ją, aby postarała się jeszcze wytrzymać, żeby pani mogła wyczyścić ząb do końca. Popłakuje, ale zgadza się.
Niestety, po chwili znów zaczyna zawodzić. Ewidentnie coś jej przeszkadza – ale widzę to chyba tylko ja.
– Taka duża dziewczyna, a tak się boi!

Chciałabym rzucić się Pani do gardła, ale z racji tego, że grzebie w ustach mojej córki, mogłoby to skończyć się źle również dla niej, a poza tym bardziej zasadne wydaje mi się skierowanie energii na wsparcie dziecka niż atakowanie dentystki.
Potem padło jeszcze wiele słów – w moim odczuciu niepotrzebnych. Że niby wygląda na to, że córka lubi te bakterie w zębach i chce je hodować, aby wieczorem im kołysanki śpiewać. O tym, że pani doktor się spieszy i nie ma czasu, więc niechże już córka przestanie.

A w końcu oschła Pani złapała córkę za głowę i przytrzymała mocno – obrażając się na mój protest, że nie chcę robić tego na siłę.
To był koniec – młoda była tak zestresowana, że nie dało się zrobić nic więcej. Zdenerwowana dentystka szorstko zepchnęła moje dziecko z fotela.
Zostałyśmy z niedokończonym zębem i – co gorsze – nie lada problemem, co dalej.

 

Bo oczywiście przez kolejne tygodnie córka nawet nie chciała o dentyście słyszeć. Gdy w końcu dała się przekonać i zaczęłyśmy szukać kogoś, kto podejdzie do niej z większą delikatnością – po wejściu do gabinetu wtulała się we mnie z przerażeniem, nie było mowy o zbliżeniu się do fotela, co dopiero o otwarciu ust.
Wiele miesięcy upłynęło, zanim znalazłyśmy dobre miejsce. Z opcją zastosowania sedacji – gazu rozweselającego, który pomógłby młodej znieść leczenie.
Taki gaz podnosi koszt leczenia dwukrotnie, i choć pieniądze w tamtym momencie nie grały roli, to byłam sfrustrowana tym, jaki obrót przyjęły sprawy – jeszcze dwa lata temu wizyta u dentysty była przyjmowana bez problemu, borowanie również.
Teraz miałam dziecko do podwójnego leczenia – dentystycznego i emocjonalnego.
Pierwsza wizyta skończyła się zalakowaniem szóstek. Nie dało się zrobić nic więcej, a i to okraszone było strachem i łzami.

Druga, po miesiącu, miała już zakończyć się wyleczeniem chorego ząbka – z zastosowaniem sedacji w razie potrzeby.

Sedację zastąpiła łagodność pani doktor. Jej ciepłe słowa “wiem, że to jest nieprzyjemne”, “będę liczyć do trzech i robić przerwy”, “kiedy poczujesz, że masz dość, podnieś lewą rękę – natychmiast przestanę”. Uprzedzanie “teraz wezmę taką miotełkę i wymiotę wszystkie bakterie z twojego ząbka”, “ teraz trochę podmucham na ząb, żeby sprawdzić, czy jest już wyczyszczony”, “jeszcze raz poczyszczę, wytrzymasz?”.

Bez żadnego przytrzymywania na siłę. Bez sedacji. Spokojnie i łagodnie, a zarazem sprawnie i zdecydowanie.
Po wszystkim zapytałam córkę, czy ją bolało i czy było tak trudno, jak się obawiała.
– Nie, nie bolało. Płakałam, bo się bałam i byłam zdenerwowana, ale nie bolało mnie.

Słowa mają moc. Można nimi dodać otuchy, pomóc przetrwać trudne chwile, wesprzeć w przechodzeniu trudności.
Można też nimi zranić, pozbawić kogoś sił, zwiększyć jego cierpienie.
Akceptacja emocji to nie “pieszczenie się” i roztkliwianie, tylko konkretne narzędzie wspomagające ich regulację. “Widzę, że się boisz” nie oznacza “bój się więcej”, tylko “chcę ci pomóc przezwyciężyć twój strach”.

Strasznie chciałabym, aby tam, gdzie strach i ból są największe – u lekarza, dentysty, w szpitalach, personel pamiętał o tym i żył tym przekonaniem w każdej minucie swojej trudnej pracy.

Foto: Pixabay.com



SPODOBAŁ CI SIĘ TEN ARTYKUŁ?

Jeśli tak, dołącz do newslettera i otrzymuj prosto na swoją skrzynkę powiadomienia o nowych wpisach oraz wyjątkowe treści dostępne tylko dla subskrybentów!

Dołącz teraz

17 myśli na temat “Słowa mają znaczenie

  1. Mam wrażenie, że ta pierwsza to częsta historia, z którą możemy się niestety spotkać w gabinetach lekarskich ( i to odnośnie do dzieci jak i dorosłych). Szkoda, że na akademiach medycznych tak mało poświęca się czasu na naukę przyszłych lekarzy dobrej komunikacji z pacjentem…

  2. poetessa pisze:

    Miałam takie sytuacje, ale nauczyłam się na nie reagować dosadnie i natychmiast. Nie pozwolę by ktoś straszył moje dzieci, szydził z nich czy je zmuszał. Szalę przelała pani pobierająca krew, której się poddałam i córcie zmusiłam. Wtedy powiedziałam sobie:nigdy więcej. Bo potem nie ta Pani boryka się ze strachami moich dzieci tylko ja. Obecnie na tego typu próby reaguję stanowczo, czasem nawet dosadnie, ale z wyczuciem, by zanadto nie zranić emocjonalnie “agresora”. Jest to trudne ale tak jak Pani po prostu wybieram miejsca i osoby przyjazne dzieciom. Taki sam problem jest gdy “miłe” Panie straszą dzieci np. bo Cię zabiorę. Ostatnio Pani podsumowała tak zachowanie mojego synka (1,5 roku), który jest bardzo grzeczny aczkolwiek lubi się wszędzie wspinać: jak będziesz taki niegrzeczny, to Pani Cię zabierze i nie zobaczysz mamusi; moja odpowiedź: Niestety ja Pani na to nie pozwolę, więc proszę nie straszyć mi dziecka, poza tym on jest bardzo grzeczny, jak każde dziecko na świecie, bo nie ma grzecznych i nie grzecznych dzieci, są tylko mniej lub bardziej ruchliwe. Na co Pani odwróciła się na pięcie ze skwaszoną miną i odeszła…

  3. Zuzanna Zielińska pisze:

    Ważny wpis. Sama przeżyłam podobne traktowanie już jako dorosła osoba (dentysta chciał szybko skończyć drobny zabieg, a ja płakałam na fotelu z bólu). Zajęło mi chwilę, zanim zdecydowałam się na powrót na fotel, znalazłam miejsce, w którym podają gaz rozweselający, z rozstrojem żołądka z nerwów udałam się tam i poprosiłam o gaz od progu. Nie było problemu, po leczeniu byłam gotowa ucałować stomatologa. Ostatnio jest coraz lepiej, ale widzę po sobie, jak takie traktowanie zmieniło moje nastawienie do dentystów.
    Będę bardzo dbać o to, żeby podobna historia nie spotkała moich dzieci.

  4. Prosimy o nazwisko albo jakiś namiar na tę drugą panią! Myślę, że warto szerzyć dobre informacje i w razie czego innym oszczędzić niepotrzebnych stresów 🙂

  5. Ziza pisze:

    ja z córą chodzę do stomatolog Beata Wilk-Sieczak z Wrocławia i żadnej innej. Bierze dość sporo i czasami trzeba wracać co tydzień, ale dziecko dosłownie dobija się do gabinetu

  6. jaro pisze:

    Do dziś pamiętam, że wezwanie do gabinetu dentystycznego traktowaliśmy w szkole jak wyrok. głos mojej szkolnej dentystki. I taka migawka z wizyty na jej fotelu: “Nie rób ryja, bo cie skaleczę…” Jedno z najtrwalszych wspomnień z dzieciństwa.

  7. Hania pisze:

    Zgadzam się całkowicie – niemoc słów położnej sprawiła, że zablokowałam się psychicznie podczas porodu i zakończył się cc – a wystarczyła odrobina empatii. Co ma więc zrobić dziecko? … Proponuję zajęcia z empatii dla wszystkich już w szkole podstawowej – nie wiadomo kiedy się nam w życiu przydadzą.

  8. Lekarze czasem zapominają, ze to oni są dla pacjentów, a nie odwrotnie. Przykra sprawa, że nie rozmawiają, nie opowiadają o tym co zostanie wykonane, nie inwestują w nowoczesne sprzęty, które są teraz naprawdę ogromną pomocą dla dentystów, i oszczędzeniem bólu dla pacjentów. Poza wspomnianą przez Panią sedacją wziewną (która uspokaja, ale nie znieczula) istnieje np. tanie, bezbolesne znieczulenie komputerowe The Wand STA. Igiełka, dzięki której komputer może zaaplikować znieczulenie, jest tak cienka, że nie czuć ukłucia. Aparat dopasowuje ilość leku tak, by w czasie aplikacji nie rozpychał tkanek. Każdy przyjazny dzieciom gabinet posiada The Wand STA, na ogół na drzwiach znajdują się naklejki informujące o możliwości skorzystania z tej usługi. Mamy nadzieję, że to koniec nieprzyjemnych przygód stomatologicznych dla Pani i córki. Są lekarze, których interesuje pacjent, jego zdanie i emocje. Życzymy tylko takich na Waszej drodze!

  9. Oczywiście druga pani doktor ok, a pierwsza to jak z bajek o złej czarownicy, ale ku przestrodze- nie zawsze takie podejście empatyczne wystarcza. Syn zawsze chodził do pani doktor drugiego typu, jak był mały bez problemu, nawet borowanie zęba (muszka latająca pod prysznicem) było odebrane jako świetna przygoda. Aż przyszła szkoła podstawowa i kolejna dziurka, chyba głębsza. gdy poczuł ból nastąpił koniec leczenia. Wszelkie zabiegi pani doktor, opisane w powyższym artykule, spaliły na panewce. Zagadywał ją w nieskończoność, nie dając niczego w buzi zrobić. Oczywiście o wariancie siłowym nikt nie myślał. Młody zszedł z fotela gdy czas przeznaczony na niego się skończył. Może nawet trochę zadowolony i dumny z siebie i z finału wizyty. Za to za trzy miesiące, gdy ząb zaczął go boleć, niemal przybiegł do oczywiście tego samego lekarza. Dał sobie wszystko już zrobić- zatruć zęba, zastrzyk znieczulający, potem leczenie kanałowe itp. I od tej pory chodzi bez protestu i daje sobie wszystko zrobić jeśli trzeba, nawet nie chcąc znieczulenia, pamiętając, jaki skutki wiążą się z niewyleczeniem w porę zęba. Może czasem poznanie konsekwencji jest bardziej skuteczne, od wsparcia i empatii (chociaż oczywiście nie szczędziłam mu ich na każdym etapie tego “pouczającego” leczenia).

  10. Rzeczywiście, tak jak to Pani opisała, to musiało być bardzo rozwojowe doświadczenie dla Pani córki, bo mogła zobaczyć dwa zupełnie różne typy ludzi i ich zachowań. Nie jesteśmy przecież w stanie uchronić dzieci przed wszystkimi przykrościami tego świata, ale możemy im ciągle pokazywać jako rodzice ten lepszy – empatyczny – model reagowania na ich potrzeby.
    Nie wiem, czy to dobre miejsce, ale gratuluję też nowej odsłony bloga – bardzo zachęcająca do powracania tu. Teraz wartościowa treść idzie w parze z walorami estetycznymi. Dziękuję!

  11. Pamiętam jak sama byłam dzieckiem i miałam równie nieprzyjemną historię. Dobrych parę lat nie udało się moim rodzicom namówić mnie na wizytę u dentysty. Wszystko przez (o zgrozo) szkolną dentystkę – w podstawówce, która powinna być przygotowana na to, że dzieci się boją i odczuwają dyskomfort przy przetrzymywaniu ligniny w buzi oraz mieć minimum przygotowania pedagogicznego do współpracy z najmłodszymi pacjentami… Pani była nieprzyjemna, trzymała mnie na siłę wraz z asystentką, również nie dokończyła mi zęba, gdyż kiedy próbowałam połknąć ślinę ona uznała, że ją ugryzłam i nakrzyczała zarówno na mnie jak i na mojego tatę. Usłyszałam, że jestem niegrzeczna, że będzie mnie teraz bolało i że nie chce mnie widzieć póki się nie uspokoję… Nie pomagały obietnice mamy, że kupi mi w zamian za dokończenie ząbka okropnie drogi w tamtych czasach domek dla lalek. Nic nie było w stanie zrekompensować strachu i bólu u pani dentystki. Bardzo dobry artykuł. Prócz ulotek o nowych produktach dla gabinetów dentystycznych, powinni go (artykuł) wręczać każdemu specjaliście. Traumę przeniesioną z dzieciństwa można zobaczyć u wielu obecnych dorosłych, którzy wciąż panicznie się boją i omijają gabinety stomatologów…

  12. Teraz kiedy sam jestem dentystą patrze na to z nieco innej strony. Kiedy byłem mały sam uczęszczałem do szkolnej dentystki gdzie sprzęt był przestarzały a pacjentów – małe dzieci którzy przyszli bez rodziców traktowało się bardzo źle. Na szczęście te czasy już minęły.

  13. Leeni pisze:

    Pamiętam, że jako dziecko może sześcioletnie byłam u dentystki z jakąś drobnostką. Strasznie była niedelikatna i upierała się, że na pewno mnie nie boli jakby to ona najlepiej o tym wiedziała. Jeszcze długo mimo wzorcowych zębów nie chciałam chodzić do dentysty, a gdy kiedyś znów na nią trafiłam juz chyba jako dziewięciolatka rozpłakałam się i uciekłam z gabinetu.

  14. marcysia pisze:

    przy zakładaniu wenflonu przez pielęgniarki na oddziale pediatrycznym mojego 9 – miesięcznego synka potraktowano jak kawałek mięsa (panie pielęgniarki z góry zakładają, że dziecko wenflonu nie da sobie założyć za żadne skarby i robią to na siłę, rodzica oczywiście wypraszają co dodatkowo potęguje strach u dziecka) teraz ma prawie 2 lata i do tej pory reaguje panicznym płaczem na widok lekarza wyciągającego ręce ku niemu aby np osłuchać klatkę piersiową. U dentysty jest to samo. Nie zdziwię się jeśli do końca życia będzie się czuł się nieswojo podczas badań lekarskich.

  15. AniA pisze:

    Wysłałam ten tekst mojemu mężowi który jest stomatologiem leżącym dzieci. Chyba bardziej go poruszył niż mnie…mamy dwójkę dzieci i na myśl że ktoś mógłby tak potraktować je w ten sposób aż robie się czerwona. Myślę że to nie tylko brak wiedzy ( mąż wiele czytał nawer A. Stein mu rzucilam heheh przygotowywał się do obcowania z pacjentem dzieckiem ) ale głównie przeświadczenie ze dziecko to gorszy pacjent, nie wart staranią. Nie wyobrażam sobie bowiem aby ktoś powiedział do mnie na fotelu ajaja aż tak boli taka duża dziewczyna a płacze itd.

    1. Dobra Relacja - M.Musiał Dobra Relacja - M.Musiał pisze:

      Tak się zastanawiam, czy to kwestia przeświadczenia, że dziecko to pacjent gorszy, czy po prostu bardziej wymagający – z którym nie wiadomo jak sobie poradzić, zatem najlepiej siłą?

  16. Nie ciężko zgadnąć, dlaczego każde dziecko (a w późniejszym czasie niemalże każdy dorosły) tak panicznie boi się dentysty. Z takim zachowaniem, jak to opisane w pierwszym przypadku, stomatolog jedynie zniechęca. Szkoda, że brakowało tamtej pani doktor empatii. No i jej “pomocnicy” również. Pozdrawiam. 🙂

Pozostaw odpowiedź am Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *