Złe intencje

Kolejka w przychodni. Jedna z pacjentek, elegancka kobieta w średnim wieku, zadaje niewinne pytanie “Na którą godzinę była pani zapisana?”. Odpowiadam zgodnie z prawdą: “Na 15.15”.
Kobieta oschle rzuca w przestrzeń: “Na 15.15 to była umówiona pacjentka, która właśnie jest w gabinecie”.

Jeszcze niczego nie podejrzewam. Mając wieloletnie doświadczenie kolejkowe, sięgam po najprostsze wyjaśnienie. “Pewnie zapisują po dwie osoby na tę samą godzinę” – rzucam naiwnie, a w odpowiedzi słyszę natychmiastowe i zdecydowane “Nie sądzę”. Atmosfera gęstnieje, czuję to wyraźnie i pomału dociera do mnie sens tej krótkiej wymiany zdań. Pani podejrzewa – nie, ona jest przekonana – że ja blefuję.
Że się wepchnęłam w nie-swoje miejsce.
Czuję nieprzyjemne kłucie gdzieś w środku, i doskonale wiem, co mnie boli. Przypisanie mi złych intencji. Założenie, że działam ze złej woli.

 

Jakoś przypomina mi się sytuacja sprzed paru miesięcy. Jadę autem w obcym mieście, intuicyjnie wybieram lewy pas omijając sznur samochodów na prawym i nagle orientuję się, że powinnam jednak znajdować się na tym pasie obok. Auta z prawej otrzymują zielone światło, ruszają – a ja z tykającym kierunkowskazem liczę na to, że ktoś mnie zauważy i potraktuje łagodniej, niż ja potraktowałam całkiem niedawno w swoim mieście kierowcę w podobnej sytuacji.
Bo tamten miał tubylczą tablicę rejestracyjną. Zatem na pewno wiedział, gdzie prowadzi lewy pas. Zatem na pewno próbował ominąć korek i wbić się “na krzywy ryj”. To niech teraz odstoi swoje, jak wszyscy.
Tyka ten kierunkowskaz, ktoś mnie litościwie wpuszcza, z wdzięcznością uruchamiam na moment dziękczynne awaryjne. Uff, jakie szczęście, że dobrodziej nie przypisał mi jednak złych intencji.

Obcy ludzie. Pewnie się już nie spotkamy, minęliśmy się przypadkiem na chwilkę jedynie – a ileż emocji to we mnie zostawia.

Bardzo blisko siebie natomiast mam ludzi, którym – zdarza się – przypinam złe intencje. Podejrzewam, że kręcą, że się wymigują, że kombinują.
Moje dzieci. I za każdym razem, gdy orientują w moich podejrzeniach, rozpaczliwie zapewniają: “Mamo, ale naprawdę!”.

Bo taki osąd boli. Boli ze strony przypadkowej osoby, tym bardziej zatem trudno się z nim zmierzyć, gdy pochodzi od kogoś bliskiego.
Gdy zaczynam snuć domysły, nie tylko ranię. Zamykam furtkę porozumienia, nie ma dialogu tam, gdzie są osądy i przypisywanie złych intencji. Zaczynam walczyć o swoje, zamiast dostrzegać to, co nasze.

Chcę inaczej, dlatego, gdy czas grania na tablecie wydłuża się ponad ustalenia – odsuwam głos, który sączy mi jadowite: “Znów przeciąga, licząc, że się nie zorientujesz!” i staram się poprzestać na obserwacji. “Hej, twój czas się skończył, chcę, żebyś wyłączyła grę”.
To jest miejsce do merytorycznej rozmowy, bez przeciągania na swoją stronę. Bo, oczywiście, ona nie chce, ale na neutralnym gruncie możemy się dogadać. Ustalić, że dwie minutki na dokończenie poziomu, i koniec. Zastanowić, czemu tak trudno kończyć o czasie. Pomyśleć, jak to zrobić inaczej, żeby obie strony miały jasność w tej sytuacji.

Wszystko jedno w zasadzie, co uradzimy – ważne, że zrobimy to razem, bo gramy w tej samej drużynie.

Foto: Pixabay.com

SPODOBAŁ CI SIĘ TEN ARTYKUŁ?

Jeśli tak, dołącz do newslettera i otrzymuj prosto na swoją skrzynkę powiadomienia o nowych wpisach oraz wyjątkowe treści dostępne tylko dla subskrybentów!

Dołącz teraz

12 myśli na temat “Złe intencje

  1. Przypisywanie złych intencji! Siedzi mi to w głowie ostatnio. Mam dalej przykre wrażenie z sytuacji z dzieciństwa. Mieliśmy wtedy od niedawna komputer w domu, a ja miałam pozwolenie na granie przez 20 minut dziennie. Kiedyś zapytałam mamę, czy nie mogłabym grać trochę dłużej, „Bo przez 20 minut to w ogóle nie da się pograć, mamo!”. Mama pozwoliła na grę przez pół godziny dziennie. Następnego dnia jednak oznajmiła, że ją okłamałam. Powiedziałam jej, że w ciągu 20 minut nie da się skończyć jednego etapu gry i przejść do następnego, a wieczorem tata jej powiedział, że się da. Czyli ja skłamałam. I teraz za karę nie będę w ogóle grała przez trzy dni. Tłumaczyłam mamie, że nie twierdziłam, że nie da się przejść do następnego etapu, tylko tak się wyraziłam: „nie da się pograć” w znaczeniu – „to za mało grania, żeby mieć satysfakcję”. Mama mi nie uwierzyła. Uznała, że kręcę.

    Tak się rozpisałam na temat tej sytuacji, bo tak naprawdę dalej mnie to boli. Pamiętam tę sytuację dobrze. Mówiłam wtedy prawdę. Nie zamierzałam mamy wprowadzać w błąd i nie sądziłam, że zrozumie moje słowa tak, jak zrozumiała. Moich tłumaczeń nie przyjęła. Nie byłam w tej rozmowie partnerem. Założyła, że moje intencje były złe i porozumienie było niemożliwe. Mam nadzieję, że to wspomnienie pozwoli mi unikać takich sytuacji z moimi dziećmi.

    1. Zawsze mnie porusza, gdy słyszę o takich zasiedziałych, kłujących sytuacjach z dzieciństwa. One tak potrafią boleć mimo upływu czasu!

  2. Mam 30 lat, ze swojego dzieciństwa pamiętam wiele sytuacji, gdzie miałam tzw. złe intencje: wydłużanie czasu grania na komputerze, robienie wszystkiego, żeby tylko mama zapomniała, że trzeba iść do kościoła. Nie ukrywam też, że zdarza mi się celowo używać lewego pasa. Czy to dlatego, że nie miałam w mamie partnera do dialogu? Czy jestem złym człowiekiem?
    Moja mama zwykła wierzyć w moje wyjaśnienia, co sprawiło, że w zasadzie od moich naście-lat była przeze mnie zmanipulowana i miałam przestrzeń do popełnienia wielu błędów, zbyt wielu niestety.

    1. Złym człowiekiem? Zbyt daleko idące wnioski.
      Mi po prostu łatwiej utrzymać pewną „higienę” relacji i bliskość, gdy nie osądzam. Pomaga mi to. I dzieciom. I sytuacjom 🙂

  3. Za to mnie się przypomniało liceum i sprawdzian z matematyki. Mnie i moją koleżankę z ławki nauczycielka posądziła o ściąganie, bo jak 2 osoby mogą identycznie (2 różne grupy) zepsuć zadanie w najbardziej idiotyczny sposób? Nie dość, że była choleryczką i większych krzyków ze szkoły nie pamiętam, jak tamten, to kazała się przyznać i przeprosić za to (w żaden sposób nie poczuwałam się do tego). A my dwie, zszokowane, bo nie ściągałyśmy od siebie, jeszcze bardziej zdziwione, że tak samo źle zrobiłyśmy zadanie, nie wiedziałyśmy co robić z furią nauczycielki. Zła intencja w szkole, to właśnie ściąganie. Wiąże się od razu z oceną, nie tylko tą do dziennika, ale jednocześnie z oceną ucznia. Więc w klasie maturalnej od Pani z matematyki już „łatkę” ściągających i głupich humanistek. I to też we mnie siedzi, choć już nie raz i nie dwa próbowałam się oczyścić z tego wspomnienia. Ale dzięki temu staram się nie oceniać innych, bo wiem jak bardzo jest to krzywdzące.

    1. Nie chcę jakoś utyskiwać specjalnie, ale poutyskuję trochę 😉 W szkole złe intencje są powszednie chyba, niestety.Tym ważniejsze wydaje mi się, żeby stanowić pewną przeciwwagę w domu.

  4. Ooooogromnie ważny temat i bardzo mi bliski. Mam ogromną awersję na przypisywanie złych intencji, taką deliryczną wręcz :).
    W rodzinie zwłaszcza u starszego pokolenia mam łatkę „adwokata” innych, nieobecnych, nieznajomych. Moja mama mówi wtedy „przestań adwokacić”. To oznacza, że na wyrzut jadu z domniemaniem czyiś złych intencji zaczynam bronić tę osobę, nawet jeśli jej nie znam, wymyślając, co mogło stać za tym, i że niekonieczne to było tak, jak jej się przypisuje, że można znaleźć mnóstwo powodów, które pokazują czyjeś zachowanie w innym świetle. Wiem, lepiej by było, gdybym aktywnie moją mamę wysłuchała.

    Przypomniała mi się sytuacja z córką, kiedy nakrzyczałam na nią niedawno. Córka (5 lat) odkrzyczała do mnie „będziesz tego żałowała!”. Wezbrała we mnie przeogromna fala złości . Poleciały w głowie myśli-zapalniki – „moje dziecko mi grozi”. Trudno mi powiedzieć, jak powstrzymałam się przed wybuchem, ale zapytałam ją, co dokładnie ma na myśli. Córka odpowiedziała – ” Bo ty zawsze, kiedy na mnie nakrzyczysz, później mówisz, że tego żałujesz”. :)))

    Podczas wakacji przeczytałam książkę, w której mowa była o myślach-zapalnikach, czyli właśnie o myślach, które tworzymy z domniemaniem czyiś złych intencji (ona robi to specjalnie, manipuluje mną, świadomie mnie okłamuje itp). Uświadomienie sobie tych myśli naprawdę powstrzymuje od ich przypisywania. Wyrośliśmy słuchając takich zapalników i mamy je wkodowane. Najważniejsze, żeby umieć je w swojej głowie usłyszeć, wtedy już łatwo je odrzucić.

  5. Czytam tak sobie powyższe wypowiedzi nie mogę zrozumieć paru kwestii. Jaki mechanizm działa, że dzieci w ogóle czują się zobowiązane uzyskać pozwolenie rodziców na zabawę, w przytoczonych przykładach akurat na komputerze. Dlaczego czuję się winne jak przeciągają narzucony czas, proszą o pozwolenie przedłużenia. Godzą się na jakieś niby uzgodnione, a tak naprawdę narzucone limity (nie dotyczy to oczywiście sytuacji, gdy komputer też jest potrzebny rodzicowi). Dlaczego nie powiedzą rodzicom dosadnie, żeby się odczepili, bo będzie grało tak długo jak długo będzie miało ochotę ? I dlaczego to pani od wrzeszczącej matematyczki sama nie zaczęła wrzeszczeć na nauczycielkę, że obraża ja takimi podejrzeniami?

    1. Bo są zależne, to raz – tak myślę. A dwa, tak są wychowywane, że z dorosłymi się nie dyskutuje – i nie myślę tu o dosadnym „Odczep się” czy wrzeszczeniu na nauczycielkę, tylko autonomicznym i spokojnym – nie zgadzam się, nie chcę, ranisz mnie. Na to się dzieciom nie pozwala, tego się nie wzmacnia, uważa sie to za brak szacunku i pyskowanie.

  6. Mi sie wydaje, ze posadzanie innych o zle intencje sa pozostaloscia po bardzo ciezkich czasach jakie Polacy musieli przejsc (niepewnosc jutra i brak kontroli nad wlasnym losem – w czasach komunizmu; bieda i walka o przetrwanie). Mam tu na mysli bardziej starsze pokolenie (naszych rodzicow, nauczycieli etc.) , jednakze to oni nas wychowywali i czesto nieswiadomie przelewali swoje frustracje na nas. Ja naleze to tej grupki szczesliwcow o bardzo dobrych rodzicach, a jednak mimo to dopiero wyjazd z Polski i stabilne zycie w Australii pozwolilo mi sie wyzwolic z „podejrzen innych o zle intencje”. Tutaj ludzie sa milsi, uprzejmniejsi (nie ma problemu z zmiana pasa czy w wjazdem na droge przy duzym ruchu – inni kierowcy wpuszczaja, ja tez to zaczelam robic i daje to satysfakcje; ludzie nie pchaja sie do kolejek…), moze dlatego, ze zycie jest latwiejsze, moze dlatego, ze jest tu duzo slonca, moze dlatego, ze ich rodzice i dziadkowie tez mieli latwe zycie… Miejmy nadzieje, ze sytuacja w Polsce tez sie zmieni, ale to zajmie troche czasu. Zacznij od siebie: wpusc kogos na swoj pas, unikaj uzywania zlego pasa, badz mily dla kogos obcego bez powodu, i NAJWAZNIEJSZE nie odreaguj wlasnych problemow na swoich dzieciach…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *