W towarzystwie pani E.

Czy jest jakiś sposób, żeby pomóc dziecku doświadczającemu intensywnych emocji? Jak się zachować, gdy w tych emocjach słyszymy słowa, które nas bolą, nawet jeśli niekoniecznie dotyczą nas samych? Kiedy dziecko życzy wszystkiego najgorszego osobie, z którą weszło w jakiś konflikt, która je zraniła?

Być może staracie się wysłuchiwać tego, co dziecko przeżywa. Towarzyszyć mu, być obok i dawać swą przyjazną obecność. Być może w pewnym momencie chcecie coś zmienić – podsunąć dobre rozwiązanie (może po prostu zignoruj te zaczepki, wtedy sami przestaną tak mówić), przypomnieć podstawowe zasady bycia z innymi ludźmi (pamiętaj, że bicie to nie jest sposób pokonywania konfliktów) lub zdjąć z dziecka trudne emocje (nie smuć się, coś poradzimy).
Bo ja tak miewam.
I naprawdę, mnóstwo cierpliwości mają do mnie moje dzieci, że mi wciąż na nowo pokazują, że ta droga nas zaprowadzi donikąd.

Bo kiedy emocje rosną, zabierają miejsce racjonalnemu myśleniu. I próba przywrócenia tegoż spełza na niczym – mogę sobie tłumaczyć, przekonywać i argumentować, ale stopień pobudzenia jest już zbyt wysoki, logika przegrywa. Nie tak, że już w ogóle nie da się pogadać z poziomu intelektu, ale raczej nie teraz.
Zatem kiedy przychodzi do mnie wzburzone dziecko i mówi coś w stylu “Ona jest tak durna, że lepiej, żeby się w ogóle nie urodziła”, chcę pamiętać, że to nie jest najlepszy moment na tłumaczenie, że takie słowa to trochę hardkor. Jasne, mogę to zrobić – tylko przekonałam się wielokrotnie, że to nic nie daje. Dziecko, które z takimi słowami przychodzi, chce przekazać coś w stylu: “Boli mnie to, co się stało i nie umiem sobie z tym poradzić. Czy możesz mi jakoś pomóc?”.
No cóż, byłoby świetnie, gdyby tak właśnie dzieci mówiły – nigdy zapewne nie miałabym wątpliwości co do swojej roli. Niestety, najczęściej nie mówią – nie dlatego, że nie potrafią, bo potrafią (słyszę nieraz, jak mówią same do siebie: “Kiedy pokazujesz na mnie palcem i się śmiejesz, to czuję się nieswojo. Możesz mi wyjaśnić, o co chodzi?”), tylko dlatego, że w danej chwili ich emocjonalne pobudzenie jest zbyt wysokie, by mogły skorzystać z tych cudownie jasnych komunikatów.

(Też tak przecież miewam- wchodzę do dziecięcego pokoju i chcę powiedzieć, że zależy mi na tym, żeby się już umyli i przebrali w piżamy, a po chwili jakoś tak się dzieje, że mówię “Już tego nie wytrzymam, dajcie mi święty spokój!”.)

No dobrze. Przychodzi zatem to wzburzone dziecko i deklaruje żywą nienawiść do swojej przyjaciółki. Co mogę zrobić, by emocje opadły i pojawiła się szansa spokojnego przeanalizowania sytuacji i wyciągnięcia z niej racjonalnych wniosków? By dać wsparcie tak, jak dziecko potrzebuje, a nie tak, jak ja je sobie wyobrażam?
Odpowiedzią jest empatia. Najpiękniejszą jej definicję odkryłam niedawno w sieci, w refleksjach po tegorocznej Konferencji Empatii. Nie wiem, czyje to słowa, ale idealnie obrazują trudną do opisania empatię:
Empatia to czuła obecność skupiona na wewnętrznym doznaniu.

Nie dawanie rad. Nie pocieszanie. Nie uspokajanie. Nie rozweselanie. Nie odwracanie uwagi. Nie tłumaczenie. Nie opowiadanie o sobie.

Czuła obecność. Towarzyszenie bez oceniania. Dotykanie tego, co żywe w drugim człowieku. Bez stawiania sobie celów: pobędę z nim 5 czy 10 minut, to mu przejdzie i zrozumie, jak należy postąpić.

Pewnie emocje opadną i zacznie faktycznie analizować sytuację racjonalnie – ale nie to jest celem empatii.
Kiedy nastawiam się na bycie z drugim, jest mi ławiej przyjmować też to, co pada pod moim adresem. Przełykam gorzkie wymówki, że bez sensu trzy dni przeorganizowywałam dziecku wyjazd na mecz, żeby nie musiało tłuc się pół nocy autokarem przez Polskę – kiedy ono właśnie chciało się tłuc! Mogę to wziąć bez bronienia się, bo słyszę, że to jest coś, co ta druga osoba chce powiedzieć bardziej o sobie, niż o mnie. Opowiedzieć o swoim rozczarowaniu, frustracji, poczuciu niezrozumienia – i zostać wysłuchanym, bo przecież sytuacji już się nie da cofnąć i odmienić.

Lubię określenie “świątynia empatii”. Może patetyczne, ale nie przesadzone. To jest naprawdę okazja, by pobyć z drugim takim, jaki on jest, z tym, co dla niego ważne – bez własnych projekcji, planów, ocen, odnoszenia sytuacji do siebie samego. Pełne otwarcie na druga osobę, połączenie na jakimś trudnym do opisania poziomie.

I to wszystko przepada w mgnieniu oka, gdy temu dziecku, deklarującemu żywą nienawiść do przyjaciółki, powiem (z najlepszymi intencjami):
– Rozumiem, że sie złościsz, ale takie słowa są za ostre.
Bo, myślę sobie, taka okazja wychowawcza nie może się zmarnować. Trzeba to dziecko trochę kierować, inaczej się nie nauczy.
Tylko, że ono jest w takim pobudzeniu, że i tak się nie nauczy tego, co sobie założyłam (mózg w stanie silnego stresu jest zamknięty na wszelkie nauki).
I kiedy powiem, że to za ostre słowa, to z hukiem zatrzaskuję furtkę, przez którą mogłam wejść do świata swojego dziecka i zobaczyć jego piękno. Zobaczyć, że te okrutne słowa to wyraz bólu – bo może dziecko chciało podarować komuś coś od siebie i zostało odrzucone. A to przecież tak boli, wszyscy to znamy.
I wierzcie mi, człowiek, nawet niewielki, jest w stanie sam pojąć ostrość swych słów czy gwałtowność czynów – gdy tylko wróci do emocjonalnej równowagi. Naprawdę. Kiedy dzieci w silnych emocjach robią i mówią to, czego tyle razy im zakazywano, to nie dlatego, że nie rozumieją. To dlatego, że w trudnych sytuacjach tracą kontakt z tą częścią mózgu, która pomaga im pohamować swoje odruchy i podjąć świadomą, racjonalną decyzję.
Wszyscy cierpimy na to samo przecież.

W towarzystwie empatii wracamy do równowagi. Uspokajamy się, zaczynamy myśleć racjonalnie. Otrzymując ją, jesteśmy gotowi zaoferować to samo drugiej stronie – niech no tylko ktoś wysłucha, jak mi trudno, a w cudowny sposób znajduję w sobie nagle zrozumienie dla partnera konfliktu, jego potrzeb i odczuć. Nie sprawiają tego napomnienia i tłumaczenia – tylko czyjeś czułe towarzyszenie mi w moich trudach.

Jak wyrazić empatię?
Odzwierciedlając to, co widzimy i słyszymy.
– To jest dla ciebie bardzo trudne.
– Jak tak mówisz, to myślę, że naprawdę cię zabolało to, co usłyszałaś.
– Jesteś tym sfrustrowany, bo chciałbyś, żeby inni brali twoje zdanie pod uwagę, chciałbyś czuć, że jesteś ważny?
– Widzę, ile radości ci to sprawiło, jak promieniejesz ze szczęścia! (nikt nie powiedział, że empatia ma się wiecznie taplać w smutku).

Ale słowa to nie wszystko. Empatia to coś więcej niż suche komunikaty – trzeba to poczuć. Dopiero, gdy ją czujemy, jesteśmy spójni – mówimy i pokazujemy całym sobą to, o czym mówimy. Gdy mówię o smutku, moja twarz i całe ciało współbrzmią z tym smutkiem. A kiedy dotykam radości, odzwieciedlam radość. I czasem nie muszę mówić ani słowa, wystarczy kojący dotyk – empatia dzieje się między słowami.

Nie mogę dać jej komuś, jeśli nie mam jej dla samej siebie. Nie mam jej często dla siebie, jeśli ktoś mi jej wcześniej nie da. Jej towarzystwo leczy relacje, uzdrawia zranienia, prostuje nasze wewnętrzne zakręty – choć ona sama nie odpowiada, nie radzi i nie szuka rozwiązań.

Spróbujcie – wiem, że okazja nadejdzie prędko, bo dynamika życia z dziećmi sprzyja takim okazjom. Spróbujcie nie tłumaczyć, tylko pobyć. Nie radzić, tylko słuchać. Nie argumentować, tylko odzwierciedlać.
I zobaczcie, co się wydarzy.

13 myśli na temat “W towarzystwie pani E.

  1. I jak zwykle – to jest tekst dla mnie:) Ale z satysfakcją się pochwalę, że ostatnie dni minęły mi na ćwiczeniach z empatii i lepszej opcji po prostu nie ma. Nieważne, czy chodzi o dzieci, czy o dorosłych:)
    Dzięki, dzięki za tekst!

  2. Ostatnio też mam z tym problem. Przez kilka lat życia mojego dziecka radziłam sobie nieźle. A kilka ostatnich tygodni, to właśnie taka „empatia z ale”. Niby jestem, widzę, chcę z nim być w tych trudnych momentach, ale coś w środku każe mi dodać „ale to za ostre słowa”. Ciężkie to. Zawsze się zastanawiam, kiedy, jeśli nie od razu? Kiedy pogadać jednak o tych słowach, o tym zachowaniu, o tym, że w społeczeństwie niektóre rzeczy można, a niektórych po prostu nie. Bp przecież trzeba to kiedyś powiedzieć. A mój syn, gdy emocje już opadają, nie chce za bardzo wracać do trudnych spraw. Z resztą wcale mu się nie dziwię.

    1. U nas to jest tak, że dzieci nie chcą rozmawiać, gdy chcę mówić najpierw o sobie. Są otwarte, gdy zaczynam rozmowę od nich, od ich emocji, ich perspektywy, potrzeb. Bez ocen, napominania. To pomaga otworzyć furtkę.
      Ale mam też dziecko, które nie jest zainteresowane rozmową, bo je to po prostu nudzi. I głownie moje działania sprowadzają się do pozawerbalnego wspierania w trakcie trudnych sytuacji – przytulenie, czuły dotyk, zadbanie o spokój.

      1. Dziękuję Ci, to ważne dla mnie, że napisałaś o znudzeniu rozmową – wsparło mnie to 🙂 że rzeczywiście wystarczy „być” z moją M.

  3. Jak pięknie napisane <3
    Szczególnie mnie poruszyło to, że celem empatii nie jest spowodowanie, żeby dziecko szybciej się ogarnęło. Empatia tak dobrze działa, że czasem o tym zapominam i myślę sobie "no dobra, już osiem razy nazwaliśmy twoje uczucia, to teraz się uspokój i wyjdźmy wreszcie z tego przedszkola".

  4. Tekst oczywiście bezcenny, będę do niego na pewno wracać! Ale niech mi ktoś jeszcze powie, jak mam sobie dać empatię bez popadania w doły i użalania się nad sobą. Mam wrażenie, że moje trudne momenty z dziećmi są wyłącznie wtedy, kiedy jestem zestresowana, sfrustrowana lub smutna. Chciałabym, żeby to się tak gwałtownie nie przekładało.

    1. Obawiam się, że inaczej się nie da – taka kolej rzeczy i naszej biologii, że kiedy jesteśmy wyczerpani, zmęczeni, zestresowani, głodni czy niewyspani, nie jesteśmy gotowi do wspierania innych, bo musimy zająć się najpierw sobą.

  5. Piękna metaforą z tą furtką, którą zatrzaskujemy. Na pewno ją zapamiętam i mam nadzieję, że przywołam w myślach w odpowiednim momencie:)
    Dla mnie pewnym zagrożeniem w empatii jest wchodzenie w skórę dziecka zbyt mocno. Wpadam czasem w pułapkę tego, że „czuję” za moje dziecko i próbą nazwania jego uczuć, sugeruję mu, co ono czuje. Krok w tył, obserwacja i powstrzymanie się od komentarza…są dobrymi przyjaciółmi empatii:)

  6. Piękny tekst, naprawdę.
    Przypomniałam sobie o nim wczoraj, po powrocie ze żłobka z moją córką… który to powrót obfitował w ekscesy typu zrzucanie czapki, wybieganie na jezdnię, podpieranie ściany i siadanie na podłodze najpierw w cukierni, potem po prostu na ulicy, pod blokiem, krzyk, płacz itp.
    Piszesz: „nie tłumaczyć, tylko pobyć i (…) zobaczę, co się wydarzy”.
    Analizuję to: może za dużo bodźców, po tym wyjściu ze żłobka…? Cukiernia nie była jedynym miejscem, które odwiedziłyśmy. Fakt, ostatnim, ale wstąpiłyśmy tam już na jej życzenie.
    A z drugiej strony: gdy w tej cukierni rzuciła opakowaniem płatków na podłogę i mimo mojej prośby, nie chciała podnieść – zablokowało się coś we mnie.
    Niemniej jednak, po ciemku, w temperaturze bliskiej zera, gdy dziecko się zapiera i nie chce iść, a jesteśmy już pod domem.
    Hmm, widzę teraz jej twarz, i myślę sobie, że mogłam ją po prostu przytulić.
    Trudne to. Bo widzę to dopiero teraz.
    Tak, w silnych emocjach mózg przestaje działać. Również mój.

  7. Empatia działa nie tylko na dzieci ale również na dorosłych. Wspierając naszą pociechę w ciężkich dla niej chwilach lepiej jest zachować lekki dystans i nie wchodzić w ten emocjonalny rozwój wydarzeń, ponieważ dziecko nauczy się, że tak powinno być. Czas jest najlepszym lekarstwem na wszystko. Wpis bardzo inspirujący, na pewno polecę go swoim koleżankom
    pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *