Podcast Dobra Relacja #odc.3 – Co z tą szkołą?

ODCINEK #3

Co z tą szkołą?

W tym odcinku moim i Asi gościem jest psycholog Agnieszka Stein, z którą poprzez Skype’a rozmawiałyśmy o szkole, o tym jak rodzice mogą wesprzeć swoje dzieci w szkolnych zmaganiach, a sami nabrać dystansu do trudności, z którymi się spotykają.

  • Czy dziecko, które pisze niestarannie, wolniej, czy też inaczej niż dorośli by sobie tego życzyli to dziecko, które się nie stara?
  • Jakie metody mogą pomóc dzieciom w nauce pisania, kaligrafowania?
  • Czy powinniśmy brać odpowiedzialność za prace domowe naszych dzieci?

Posłuchaj podcastu:

 

KONKURS:

„Kryzys szkoły” Jespera Juula to książka, o której  wspominamy, a która była pretekstem do naszej rozmowy. Możecie ją wygrać w naszym konkursie:)

21_kryzys_szkoly_refl

ZADANIE KONKURSOWE:

Podaj tytuł i autora  innej książki, o której wspominamy w trakcie rozmowy z Agnieszką Stein.

Odpowiedzi przesyłajcie na adres: m.musial@dobrarelacja.pl do czwartku 8.01.2015 do godz. 24.o0. Spośród osób, które udzielą prawidłowej odpowiedzi zostaną wybrane dwie, do których trafią egzemplarze książki Jespera Juula „Kryzys szkoły”, ufundowane przez Wydawnictwo MiND.

Zwycięzcy zostaną powiadomieni o wygranej drogą mailową w piątek 9.01.2015 r.

ROZSTRZYGNIĘCIE KONKURSU:

Prawidłowa odpowiedź na pytanie konkursowe brzmiała: „Rodzicielstwo przez zabawę” L. Cohen
Słusznie jednak wyłapaliście wzmiankę dot. książki A. Stein „Dziecko z bliska” – zatem wszyscy, którzy wymienili przynajmniej jedną z tych dwóch książek, odpowiedzieli poprawnie.

Egzemplarze książki J.Juula „Kryzys szkoły” wędrują do:

Ewy Kowalskiej
Anny Kosieradzkiej

Gratuluję! W sprawie wysyłki książek skontaktuję się mailowo.

Dziękuję za udział w konkursie i za Wasze liczne maile, potwierdzające, że ta rozmowa była dla Was ważna, dała Wam impuls do przemyśleń.

 

GDZIE MOŻESZ ZNALEŹĆ PODCAST:

Podcast dostępny jest:

* na blogu Dobra Relacja
* w katalogu iTunes
* poprzez kanał RSS

 

KLIKNIJ I WESPRZYJ PODCAST

Proszę poświęć chwilkę 🙂 – oceń go i zrecenzuj w iTunes. Pomoże to innym użytkownikom w znalezieniu tego podcastu.

SPODOBAŁ CI SIĘ TEN ARTYKUŁ?

Jeśli tak, dołącz do newslettera i otrzymuj prosto na swoją skrzynkę powiadomienia o nowych wpisach oraz wyjątkowe treści dostępne tylko dla subskrybentów!

Dołącz teraz

9 myśli na temat “Podcast Dobra Relacja #odc.3 – Co z tą szkołą?

  1. Dzięki Dziewczyny za rozprawienie się z tymi szlaczkami. Nas dopadły w wieku 4 lat i zaowocowały zmianą przedszkola. Właściwie to z perspektywy czasu myślę sobie, że jesteśmy tu, gdzie jesteśmy, właśnie dzięki tym nieszczęsnym szlaczkom, których wykonywania odmówił mój syn. Obok szlaczków w przedszkolu warto się przyjrzeć też kolorowaniu, które niczemu dobremu nie służy, a jest mocno fetyszyzowane.

    „Za nauczycielem stoi potężna instytucja, a za uczniem stoi tylko rodzic” – to bardzo mi się wydaje ważne. Dobrze, jeśli stoi za nim chociaż rodzic, bo rodzice często czują się zobowiązani współpracować bardziej ze szkołą niż z własnym dzieckiem.

    1. Dodam, że ta współpraca też płynie zazwyczaj z dobrych intencji, dla dobra dziecka.

      Co do szlaczków, mam już żywy przykład tego, że bez nich można nauczyć się pisać – szkoda wojen, naprawdę. Im więcej mam w sobie zgody na to, że dziecko czegoś nie lubi/nie chce/nie jest gotowe, tym łatwiej nam na codzień.
      I wcale nie oznacza to odpuszczania nauki.

  2. Bardzo dziękuję za tę rozmowę. To co powiedziałyście jest dla mnie budujące, dobrze mi z tym:-) Chcę napisać o dwóch sprawach: 1. Odpowiadając na pytanie Agnieszki, dlaczego w zerówce dzieci dostają zadania domowe – otóż na prośbę rodziców, przynajmniej w zerówce mojej córki. Na pierwszym zebraniu „doświadczone” mamy, które mają już starsze dzieci w szkole poprosił o to. Cel: żeby dzieciom było łatwiej w szkole, jak w zerówce solidnie wyćwiczą pisanie szlaczków i liter. Czułam, że to niedorzeczne, ale za mało miałam jeszcze wiedzy i doświadczenia w tym temacie, żeby oponować bardziej stanowczo. Doświadczenie przyszło później, i było trudne do zaakceptowania: coraz bardziej zniechęcone i dziecko i my sfrustrowani. I tutaj sprawa nr 2: postanowiłam to zmienić i postarać się o zniesienie tych prac domowych. Było kilka rozmów z paniami, najpierw ograniczenie ilości i częstotliwości, potem prace dla chętnych, w końcu zaprzestanie zadawania dzieciom zadań domowych. Rozmowy były trudne, musiałam powołać się na podstawę programową i opisać co dzieje się z moim dzieckiem , nie było to przyjemne. Ale poprawa jakości życia mojego dziecka i całej rodziny była natychmiastowa.
    Teraz pewnie czeka mnie przeprawa z innymi rodzicami, na kolejnym zebraniu.
    Dziękuję Wam, bo potwierdzacie, że warto działać, że nie musimy zgadzać się na to co zostaliśmy.
    Dodam tylko, że próbuję się odnaleźć nie tylko jako rodzic, ale też po drugiej stronie „barykady „, jako nauczyciel, po kilkuletniej przerwie. I nie wiem sama, na którym polu jest mi trudniej.

    1. To prawda, wszystkim stronom (uczniom, rodzicom, nauczycielom) jest trudno z systemem. Tym ważniejsze wydaje mi się mówienie o tym, co i na ile możemy w obrębie tego systemu zmieniać, każda ze stron, we własnym zakresie.

  3. Do mnie bardzo przemówił fragment dotyczący tego jak bardzo to, co robiliśmy w szkole ma przełożenie na to, co robimy w dorosłym życiu.
    Ja akurat byłam wzorową, bardzo dobrą uczennicą, uczestniczką wielu olimpiad i konkursów. Prawdziwy człowiek Renesansu… Wtedy mówiło się o mnie, że wszystkie drzwi stoją przede mną otworem i mogę zostać kim chcę. Tylko, że jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego.
    Dziś myślę o sobie jak o ofierze systemu. Spędzając dużo czasu na odrabianiu zadań domowych, także tych mało interesujących (odrabiałam każdą pracę domową!) straciłam mnóstwo czasu, który mogłabym poświęcić na rozwój w obszarach najbardziej mnie interesujących.
    Nadrabiam teraz, bo dzięki szkole jestem bardzo sprawna pamięciowo 😉
    Najciekawsze, że nie przypominam sobie, żebym jakieś prace domowe kwestionowała. Oczywiście bywałam zmęczona, czasem brakowało ochoty, ale oceny były ważne…
    Dziś myślę o szkole zupełnie inaczej i to będę się starała przekazać moim dzieciom. Mam nadzieję, że one szybciej niż ja odkryją swoje pasje i się im oddadzą.

  4. Małgosiu, ta rozmowa otworzyła mi oczy, bo zupełnie nie myslałam do tej pory takimi kategoriami.
    Ja tak jak Kasia która się tu wypowiadała w komentarzu, byłam dobrą uczennicą, takim cielątkiem pokornym, niestety niewiele dobrego dla mnie z tego wynikło, straciłam wiele sans na rozwijanie zainteresowań, na zajęcie się sobą. Pracuję korpo, zarabiam pieniądze i wszystkiego się boję :). Całe szkolne i studenckie zycie uczyłam się niepotrzebnych rzeczy, które już w trakcie nauki uważałam za zbędne, ale trzeba to trzeba. Teraz dopiero widzę, że wystarczyło mieć otwarte oczy i umieć wybierać.

    Bardzo boję się skoły, bo moja córka to dziecko bardzo emocjonalne, niecierpliwe, łatwo się uprzedzające, które w dodatku do szkoły pójdzie w wieku lat 5 i 10 miesiecy.
    Dzięki waszej rozmowie rozumialam, że to nie musi oznaczać codziennej walki z pracami domowymi, że mogę coś zrobić, żeby nasze życie nie stało się uciążliwe. Wcześniej w ogóle nie pomyślałam nawet, że wolno mi jako rodzicowi negocjować 🙂

    Ale mam pytanie – było ono zresztą elementem dyskusji. Gdzie jest granica ? U małego dziecka naturalna ciekawość pewnie sprawi, że w końcu postanowi, że warto się pisac nauczyć i że czytanie jest fajne. A co u starszych ? Gdy przyjdzie 4 klasa i będzie trzeba trochę przysiąść bo nie wszystko zrozumie się na lekcjach – a zawsze bedzie 1000 bardziej interesujących rzeczy dookoła ? I wreszcie co z ostatniomodnymi argumentami, że rodzice za mało pracują z dziećmi w domu ?

    1. Zacznę od tych argumentów. Ja rozumiem, że z dzieckiem w domu pracują rodzice edukujący domowo – oni podjęli decyzję, że uczą swoje dzieci, poświęcają temu energię, czas, nierzadko przeorganizowują życie zawodowe tak, by móc edukację domową realizować w swoich domach.
      I to jest ok.

      Ale jeśli rodzic posyła dziecko do szkoły, to chyba oddaje ten obowiązek/przywilej szkole. I odpowiedzialność pozostawia po stronie dziecka. To szkoła ma w głównej mierze zająć się edukacją. Rodzic, który pracuje 8-10h, potem zajmuje się codziennymi obowiązkami w domu, czy on naprawdę ma siły/ochotę pracować jeszcze z dzieckiem w domu? A jeśli ma nie jedno dziecko lecz dwoje, troje? Z każdym ma spędzać przynajmniej godzinę na pracy „w domu” – i tak niemal dzień w dzień, to gdzie jest czas na odpoczynek, na bycie ze sobą, na rozrywkę, śmiech, radość? Gdzie jest życie rodzinne – w niekończącym się paśmie obowiązków?
      Ja nie mówię o pomaganiu, typu „Mamo, nie wiem, jak to trzeba zrobić”. I ok, jeśli raz na jakiś czas popołudnie poświęci się na obliczanie działań matematycznych.
      Ale kiedy słyszę, że rodzice mają pracować z dziećmi w domu, to robi mi się słabo.

      Kwestia granic – mam poczucie, że w takich pytaniach odbija się może nieuświadomiona obawa, że jak nie staniemy nad dzieckiem z batem, to ono odwróci się na pięcie i ucieknie. Z jednej strony to smutna prawda – większość z nas miała ochotę uciec od nauki, a szkoła kojarzyła się raczej źle.
      Z drugiej strony jestem przekonana niemal święcie ( i codziennie dostaję dowody na poparcie tego przekonania), że odpowiedzialność za naukę powinna spocząć w rękach dzieci, nie rodziców. Nie optuję za tumiwisizmem, raczej za nieodpytywaniem ciągle z tego, co w szkole, co zadane, co zrobione, jakie oceny etc.
      Czwartoklasista, jeśli nie ma motywacji do nauki, rozumie raczej, co grozi za nieodrobione prace domowe czy zawalone sprawdziany. Podejrzewam, że przysiądzie z własnej woli, żeby zdawać z klasy do klasy chociażby. Może za mało wierzymy w nasze dzieci?

      Kiedy byłam w liceum, moi rodzice przed kazdymi świętami Bożego Narodzenia dostawali ze szkoły świąteczne życzenia (tak to żartobliwie nazywali) – powiadomienie o tym, że ich córka jest zagrożona z iluśtam przedmiotów. Nigdy nie zaostrzali mi z tego powodu rygoru – ja sama wiedziałam, że na koniec roku muszę to wyciągnąć. Zawsze wyciągałam – chciałam się buntować, ale nie aż tak, aby sobie poważnie zaszkodzić.

      Im bardziej naciskamy na dzieci, tym bardziej one się opierają. Można sobie tłumaczyć, że to wina zbyt pobłażliwego wychowania, trzymałoby się krótko, toby dziecko wiedziało, gdzie jego miejsce. Nie sądzę; albo raczej- do czasu. W końcu nadchodzi ten moment, że dziecko czuje moc, by wydostać się spod władzy rodzica – co wtedy? Jeśli nikt mu nie pokazał, że to jest jego odpowiedzialność, jego obszar?

  5. Pani Małgosiu, a może podcast o edukacji alternatywnej (domowej,demokratycznej, Montessori…)? Poproszę:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *