Ostrzenie siekiery, czyli o skutecznej dyscyplinie

Pora odrabiania lekcji. Dziecko, które ma się z tym zadaniem zmierzyć, jest wyraźnie poirytowane – warczy, słownie zaczepia rodzeństwo, nie przebiera w epitetach nt. tego, jak głupie i beznadziejne jest wszystko dokoła. Z lekcjami na czele.


Atmosfera gęstnieje z minuty na minutę i wiem doskonale, że tylko ja mogę ją rozrzedzić.
Powiedzieć, że nie podobają mi się te odzywki, że chcę, aby dziecko się opanowało i usiadło do swoich zadań – nie jest niczym złym, oczywiście, jednak znam taki scenariusz aż za dobrze. W niczym nie pomoże.

I chociaż chciałabym, aby sytuacja naprostowała się tu, teraz, natychmiast, odzywa mi się w głowie usłyszana niedawno opowiastka o człowieku, który rąbał drzewo tępą siekierą. Mimo iż rąbał z zapałem, efekty były marniutkie – kilka niewielkich odłamków kory. Mężczyzna jednak nie ustawał w wysiłkach, zdyszany i zziajany, ociekający potem – zapamiętale walił w drzewo tą swoją siekierzyną. Dostrzegł go przechodzący nieopodal przyjaciel i życzliwie doradził: “Naostrz siekierę, pójdzie łatwiej”.

W odpowiedzi usłyszał tylko zasapane: “Nie mam czasu, muszę rąbać drzewo”*.

Trafia idealnie. Natychmiast postanawiam poświęcić swój czas – chociaż nie zamierzam rąbać, ścinać ani obalać kogokolwiek.
Chcę przygotować dobre narzędzie do tego, by osiągnąć swój cel. Pomóc dziecku wrócić do równowagi i w spokoju usiąść do nauki.
Zapraszam więc na kanapę w salonie – zupełnie bez planu i pomysłu, co zrobimy, o czym pogadamy, czy w ogóle padną jakieś słowa. Tulimy się chwilę, po czym dziecko zaczyna opowiadać. Nie, nie o emocjach, ani nie o znienawidzonym zadaniu domowym, tylko o swoich sprawach. Przynosi gazetkę, zapoznaje mnie z ważnymi postaciami, wtajemnicza w ich historie.
Zakładam, że czasu będzie tyle, ile potrzeba, lecz w miarę jego upływu czuję podskórne tykanie zegara. Bardzo powstrzymuję się, by nie popędzać. By nie przypomnieć mimochodem “Fajnie, fajnie, to co, wracamy do obowiązków?”
Mija czterdzieści minut, i kiedy myślę sobie, że chyba na tej kanapie już się zestarzejemy i umrzemy, słyszę nagle:
“Dobra, już mi lepiej, mogę zająć się lekcjami”.

Nauka przebiega płynnie, całkiem szybko i sprawnie. Popołudnie upływa na zabawie z rodzeństwem – bez zwyczajowych zaczepek, niemal w harmonii. Jeszcze kolejny poranek załapuje się na ten dobry nastrój – kiedy to ja wstaję lewą nogą, dostaję mocny, czuły, stawiający na nogi uścisk.

No świetnie, a gdzie tu dyscyplina? Dyscyplina była z nami na tej kanapie, rosła z każdą spędzoną tam chwilą. Wszystko zależy od definicji – słownik języka polskiego widzi ją jako
rygorystyczne reguły postępowania, wprowadzane w grupie albo narzucane sobie samemu, oraz podporządkowanie się tym regułom; krótki bat o kilku rzemieniach.

Do mnie mocno przemawia jej pierwotne znaczenie. Nauka. I po taką wersję sięgam – chcę pomóc swojemu dziecku nauczyć się radzenia sobie w trudnych sytuacjach. Regulacji emocji. Przezwyciężania trudności.
Tego nie da się zrobić nakazem/zakazem.
“Uspokój się! Weź się opanuj! W tej chwili przestań!”
Nawet jeśli – jakimś cudem – skończą się nieprzyjemne zachowania, pozostanie rozdrażnienie i wewnętrzny niepokój (nie wymyślam, po prostu to wiem, testowałam nie raz). Droga donikąd.

Siadamy na kanapie po to, by dotknąć tego, co pod powierzchnią.
Nie żal mi tego czasu, choć oczywiście mam tysiąc dwieście innych pomysłów na wykorzystanie tych cennych minut.
Nie żal mi, bo wiem doskonale, że – jakkolwiek drastycznie to nie brzmi – aby ściąć drzewo, potrzeba odpowiedniego narzędzia. Takiego, które moje dziecko przejmie w pewnej chwili i użyje samodzielnie wtedy, gdy ja nie będę mogła – bo będę akurat potrzebna jego rodzeństwu.

* przypowieść opowiedziana przez Lawrence’a Cohena podczas tegorocznej Konferencji Bliskości.

Foto: Pixabay.com

SPODOBAŁ CI SIĘ TEN ARTYKUŁ?

Jeśli tak, dołącz do newslettera i otrzymuj prosto na swoją skrzynkę powiadomienia o nowych wpisach oraz wyjątkowe treści dostępne tylko dla subskrybentów!

Dołącz teraz

28 myśli na temat “Ostrzenie siekiery, czyli o skutecznej dyscyplinie

  1. Jak na każdy wpis i na ten czekałam. Dziękuję. A kanapa mnie zupełnie rozśmieszyla. Wracając do swojego dzieciństwa, pamiętam jak nie znosił poganiania. Jak nieefektywne były po tym moje działania. Wiem, że chciałam rozmowy. Zainteresowania. Nie przeganiania *

    1. Dzięki za wskazówkę. Czasem czuję się etatowym poganiaczem. Za godzinę będę budzić dzieciaki do dentysty, chcę pamiętać, żeby działać łagodniej 🙂

  2. Trochę byłam zszokowana, jak zobaczyłam newsletter. W tytule siekiera i dyscyplina. I logo Dobrej relacji. Zamarłam. 🙂 Biorę dla siebie i zachowuję, bo czuję, że przyjdzie dzień, kiedy ta perspektywa będzie nam bardzo potrzebna. Dzień z lekcjami.

    Małgosiu, a dyscyplina jako nauka to Twoje? Czy skądś wzięte? Zastanawiam się, czemu tak potrzebujemy tego słowa, czemu tak wiele osób stara się je odczarować, kiedy ono przecież znaczy przymus i znaczy rzemień? Dla mnie to, co piszesz to wciąż relacja, nie dyscyplina. Bardzo chcę wierzyć, że relacja bez dyscypliny wystarcza.

    1. Ja się zastnawiam, czy dyscyplina to zawsze przymus i rzemień. Kiedy myślę o sobie, że muszę być zdycsyplinowana, gdy piszę tekst np., to wiem, że chodzi mi o pewne przezwyciężanie swojej slabości w danym momencie, bo chcę coś stworzyć. I jakoś mi to nie zgrzyta wtedy.

      Co do innego spojrzenia na dyscyplinę, masz rację – to nie moje. To Cohena i Siegla. Pasuje mi to patrzenie. Chcę pokazać, że w uważnym rodzicielstwie jest miejsce na naukę – i to naukę bardzo skuteczną, bo odwołująca się do najnowszej wiedzy o mózgu i o tym, co uczenie się wspiera.

      1. Jak myślę sobie, że piszę tekst to myślę, że jestem zmotywowana, nie zdyscyplinowana. 🙂 Kurczę, bo ja nie jestem zdyscyplinowana. Jestem terminowa, jestem chętna do pracy, ale chyba nie zdyscyplinowana. Może dlatego mam z tym problem. Poczytam Siegela zatem. Od dawna potrzebowałam motywacji, żeby go poczytać. Dzięki.

        1. Chodzi mi o to, że może sama dyscyplina łagodnieje w definicji, gdy się pomyśli o zdyscyplinowanych ludziach? A może nie, może to naprawdę indywidualne rozumienie?

          🙂

          1. Siedzę i myślę i próbuję sobie to jakoś złagodzić i zmienić konotacje tego słowa, które mam jakoś tak głęboko wyryte. I nic. Nie łagodnieje mi.
            Robi mi chyba tylko różnicę czy ktoś jest „zdyscyplinowany” sam z siebie, niejako wewnętrznie. Czy jest „dyscyplinowany” przez kogoś.

            I tak sobie myślę, że to niesamowite, jak różne można słyszeć rzeczy, czytając to samo zdanie. Odezwę się po Siegelu 😉

          2. No to chyba o taką dyscyplinę wewnętrzną mi chodzi. O to, żeby umieć samemu sobie poradzić z targającymi mną wichrami.
            Odezwij się koniecznie, nawet wczesniej! 😉

          3. Któregoś wieczora leżałam w łóżku i mnie olśniło, że chyba załapałam! Ale teraz czytam i znów nie jestem pewna 😉 Tu wcale nie chodzi o majstrowanie przy dziecku. Dyscyplina w rodzicielstwie to dyscyplina wewnętrzna rodzica? Taka, która nas skłania, żeby zrezygnować z nieskutecznych narzędzi, naostrzyć siekierę?

          4. To też, ale pobocznie.
            Głównym celem jest jednak nie – jak określiłaś – majstrowanie przy dziecku, tylko wyposażenie go w takie narzędzia, które umożliwią mu reagowanie z wyższych ośrodków w mózgu, przemyślane i racjonalne, a nie odruchowe i automatyczne reakcje uciekaj-walcz.

    2. Może tak?
      słownik łacińsko-polski:
      disciplina, disciplinae, f – nauka; wiedza; wychowanie; edukacja; szkolenie; porządek; dyscyplina; metoda

  3. Tak bardzo nie chcę poganiać, a jednak poganiam. Zależy mi, cZasem bardziej niż moim dzieciom. I pókam się w głowę! I przesaję ostrzyć siekierę, swoją. W mikołajkowym bucie znalazłam piękne serce od mojej córeczki a w nim: „dziękuję Ci bardzo za to,że pomagasz mi w nauce. Mam nadzieję, że nie sprawia Ci wielkiej prykrości to,że czasem mam fochy.” Ufff, mam mądre dziecko. Pani Małgosiu, dziękuję, bo jeszcze nie miałam okazji. Zaglądam, czytam, czerpię i jak tylko się da, wprowadzam w życie. Dziękuję mocno!

  4. Uuuuhhhh…to mam do zaostrzenia co najmniej dwie tępe siekiery. Ciekawe na jak długo starczy 😉
    U nas zadania domowe to niestety praca w warunkach szkodliwych. Pierwszaczka i drugoklasista, do tego akurat potrzebująca czegos 3-latka i płaczący juz popołudniami roczniak.
    Spróbujemy, dzięki 🙂

    1. To jeszcze pamiętaj o sobie! Ja po godzinie rozładowywania napięć dziś, już myślami jestem poza domem i doładowuję siebie samą.
      :*

  5. Nie mam – jeszcze – problemu z odrabianiem lekcji, jednak temat według mnie dotyczy wielu aspektów, gdzie tę skuteczną dyscyplinę można wprowadzać. Mój Kacper ma 3 lata i mam czasami wrażenie, że moglibyśmy na przytoczonej kanapie spędzać całe dnie 😉 Ja bym z kolei potrzebowała podpowiedzi jak spędzić choć 5 minut na kanapie kiedy ma się jeszcze roczną Biankę, która z kolei odkrywa uroki chodzenia i robi wszystko tylko nie siedzi. Zdaję sobie sprawę, że jednej słusznej metody nie ma. Jednak będę wdzięczna za wszelkie pomysły 🙂
    Poza tym bardzo dziękuję za bloga. Czytam, podziwiam i staram się czerpać z niego jak najczęściej i jak najwięcej. Każdy przeze mnie otrzymany wpis jest lekturą obowiązkową dla męża 🙂
    Pozdrawiam

    1. obawiam się, że mam ściśle wyliczoną na każde dziecko – oddać Tobie oznacza dzieciom odebrać.
      No, sama rozumiesz… 😉

  6. Cześć 🙂

    Pierwszy raz na Twoim blogu, więc witam i dziękuję za dobre treści w sieci. Oby więcej takich.

    Czytałam o siedzeniu na kanapie i tykającym czasie i przypominam sobie, że coś podobnego już zdarzyło nam się przeżywać jeszcze w erze przedlekcyjnej, przy okazji kładzenia dzieci spać. Prośby, poganianie, gęstniejąca atmosfera, rosnące napięcie i nagle olśnienie. Zamiast zaganiać do łóżek, wystarczy pójść z dziećmi do ich pokoju, usiąść na kanapie i zacząć rozmawiać, coś opowiadać, np. o jutrzejszym dnie. Przychodzą, przytulają się, wyciszają, a potem same idą spać, bo przecież zmęczone są i już późno.

    1. O tak! Pospiech jest wskazany jedynie przy łapaniu pcheł.

      I żeby o tym tak na co dzień pamiętać 🙂

      Pozdrawiam!

  7. Podskórne tykanie zegara. Dokładnie tak.
    U nas jest tak z przytulaniem. Mała J. – już nie tak mała – wraca do wewnętrznej równowagi po przytulaniu. I zazwyczaj potrzebuje na nie kwadransa, wtedy, kiedy wychodzę do pracy i nie mogę się spóźnić, kiedy jestem umówiona na telefon i muszę rozmawiać, bo potem mi rozmówca zniknie i z wywiadu będą nici.
    Dziko wtedy pragnę, żeby wystarczyła jej minuta – ale nie wystarcza. Ona też czuje to tykanie i potrzebuje już nie kwadransa, ale dwudziestu minut. Pół godziny.
    A ja, sfrustrowana, właściwie nie wiem, co robić. Bo każde wyjście jest dla kogoś złe.
    Ha! Miałam napisać co innego, ale jakoś tak mi się chyba… ulało.
    Dzięki za mądre myśli. Jak zawsze. To jest u Ciebie najlepsze, że nigdy nie byłam rozczarowana kolejnym wpisem.
    🙂

    1. 🙂
      Ja sobie myślę, że jak czasu nie ma, to nie ma – a może warto wówczas zauważyć to, co się dzieje i dać temu wyraz?
      Potrzebujesz więcej przytulania, a ja chcę już teraz wyjść. Będę pamiętać o tym, że czekasz tu na mnie z przytulaskami i jak tylko wrócę, przybiegnę tulić się dalej.

      To nie działa w sensie: dziecko zadowolone wraca do przeróznych zajęć, ale dla mnie bylo zawsze ważne, żeby podkreślić, że widzę, obserwuję i jestem uważna na to, co się w nim dzieje.

  8. Hej,
    uwielbiam Twoje artykuły dużo czerpie i się w nich odnajduję, a propos samego słowa dyscyplina w polskim znaczeniu ma raczej dość surowy wydźwięk; kiedyś u takiej babeczki L.R. Knost propagatorki podejścia „gentle parenting” przeczytałam i olśniło mnie , że słowo dyscyplina po angielsku „discipline” ma wspólny źródłosłów z „disciple” czyli uczeń Chrystusa, ktoś kto naucza, pociąga przykładem inspiruje, ktoś za kim chce się iść… piękne nie? samo sedno prawdziwej dobrej relacji 🙂
    Pozdrawiam serdecznie z Gdańska!

    1. Dzięki za ciepłe słowa!
      Nie wiem właśnie, czy uda się powrócić do pierwotnego znaczenia tego słowa, ale faktycznie u źródła brzmi ono zupełnie inaczej 🙂

  9. Wspaniały tekst i świetna metoda – jak widać, bardzo skuteczna:) Zastanawiam się tylko, czy ciągłe stosowanie metody, w której dziecko najpierw zaspokaja swoje potrzeby – a potem wykonuje swoje obowiązki, dobrze przygotuje je do życia? W codziennym życiu (w szkole, a potem w pracy) nikt nie będzie poświęcał czasu na badanie jego potrzeb, tylko będzie wymagał wykonania zadania. W jakim wieku należałoby zaprzestać tej metody, by nie wyrządzić krzywdy dziecku?

    1. Oczywiście, że nikt nie będzie pochylał się nad potrzebami dziecka. Albo prawie nikt.
      Dlatego musi ono umieć zrobić to samo. Musi umieć być w kontakcie ze sobą, rozumieć, o co mu chodzi i potrafić swoje potrzeby zaspokajać, bądź szukać dla nich rozwiązania.
      Oprócz tego jest tu też umiejętność regulacji emocji. To też warto umieć robić samemu 😉

      Jestem przekonana, że z tej metody nie należy rezygnować nigdy. Ryzykowne byłoby nieustanne wykonywanie zadań za dziecko i branie na siebie konsekwencji – tu jednak wszystko jest zachowane, w połączeniu z bardzo cenną umiejętnością przezwyciężania wewnętrznych trudności.
      To nie może robić krzywdy 🙂 Krzywdą wydaje mi się raczej sytuacja, w której zaczynamy się tego uczyć dopiero jako dorośli.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *