Nie dość

Siedzę na sofie popijając kawę, ze mną błogość i spokój. Mam poczucie “dobrze odrobionego dnia” – zrobiłam dzieciom zajęcia, w które się angażowały i z których były zadowolone; poszliśmy na relaksujący spacer i razem przygotowywaliśmy obiad. Pełna harmonia.

 

I wtedy pojawia się najpierw mikroskopijna, ale szybko rosnąca myśl: nie wszystko było takie idealne. Miałaś okazję porozmawiać z jednym z dzieci, ono widocznie tego chciało, a wybrałaś czytanie książki.
I nagle błogość pryska. Już nie mam poczucia harmonii, zamiast tego zaczynam wpadać w poczucie, że znów nie dałam rady.

Znów nie byłam matką idealną.

To zaczyna się trzy dekady wcześniej. Ma źródło w “motywujących” komentarzach otoczenia:

  • postaraj się bardziej
  • mogłaś się przyłożyć
  • gdybyś tutaj nie wyszła za linię, byłoby idealnie.

W mojej głowie mieszka hasło: zawsze można było zrobić to lepiej.
Hasło, które odbiera mi siły, energię, radość życia. Hasło, które obezwładnia nawet wtedy, gdy tylko wystukuję je na klawiaturze.
Hasło, które miało dopingować, zachęcać do rozwoju, skłaniać do podejmowania wyzwań. I wiem, że naprawdę pojawiało się w towarzystwie jak najlepszych intencji bliskich mi dorosłych.

Jest zatem mieczem obosiecznym – sprawia, że jestem nigdy “nie dość”:
Nie dość dobra, mądra, empatyczna, wysportowana, błyskotliwa, zorganizowana etc. Zawsze mogłam postarać się bardziej i zrobić lepiej. Zawsze jest ktoś, komu wychodzi bardziej i kto zrobił lepiej.

To schemat, który wrósł we mnie tak mocno, że nawet gdy pełna dobrych chęci czytam napisane przez dziecko wypracowanie lub dostaję do sprawdzenia jakieś dyktando, moja pierwsza myśl biegnie do tego, co można było lepiej. Nawet kiedy usiłuję ten schemat przełamać, brzmi to nieautentycznie – tak, jakbym próbowała osłodzić krytykę znajdując na siłę choć jedną rzecz pozytywną. I dzieci się na to często nie łapią, słyszą tylko krytykę, czują pismo nosem. Czują, że są “nie dość”.

A przecież oni widzą, wiedzą, co mogliby zrobić inaczej, może lepiej. Mają naturalną potrzebę rozwoju, wchodzenia na wyższe szczebelki – nie we wszystkich obszarach, ale po co komu wszystkie obszary? No więc widzą, że wyszli za linię, że literka „podskakuje” w liniaturze, że język nie dość giętki by opisać, co pomyśli głowa. Nie muszę im w dobrej wierze zachęcania do rozwoju wytykać tych wszystkich drobiazgów. Nawet nie chcę.

Nie chodzi o udawanie, że jest super, gdy może nie jest. Chodzi o to, by w ogóle zejść z ocen, z tego dobrze – niedobrze, fajnie-niefajnie.
Żeby być wystarczająco takim, jakim się jest, a nie ciągle ganiać za “lepiej, szybciej, sprawniej, wyżej”.

Zrobione jest lepsze od doskonałego, to spora przewaga. Niczego nie muszę gonić, nic udowadniać. Jestem wystarczająca, ze wszystkimi swoimi słabościami, potknięciami, niedoskonałościami. Nie ma znaczenia, czy robię szlaczki, czy buduję relacje z dziećmi, piszę książki, maluję obrazy, piekę chleb czy cokolwiek innego. Nie jestem sumą swoich działań, jestem całością daleko poza te działania wykraczającą. I jestem godna miłości i przynależności taka, jaka jestem.

Nie chcę nieustannego wskazywania, co mogło być lepiej, ale i niespecjalnie potrzebuję owacji, gdy coś jest “dobrze”. Moje poczucie własnej wartości nie buduje się na pochwałach, wręcz przeciwnie – pochwały je osłabiają i zasiewają poczucie, że jestem w porządku wtedy, gdy inni dobrze mnie oceniają. Gdy jestem “dość”.

Szukam równowagi, gdy myślę o swoich dzieciach. Szukam jej, gdy myślę o sobie. Staram się dostrzegać różne niuanse, ale nie chcę ich oceniać. Staram się analizować, co one mi dają lub odbierają (kiedy krzyczę na dzieci, zachwiane jest poczucie bezpieczeństwa i wzajemne zrozumienie), zamiast biczować się i oskarżać (dałam ciała jako matka).
Zamiast pokazywać: ta literka nie wyszła ci najlepiej, pytam: która z literek podoba ci się najbardziej? Zawsze wskazują te niemal modelowe – wiedzą, jak jest prawidłowo, więc jeśli tak nie piszą, to nie dlatego, że nie rozumieją, tylko dlatego, że akurat nie potrafią.

Uczymy się najpełniej wtedy, gdy jesteśmy zaangażowani i zadowoleni. Gdy czujemy się bezpiecznie. Gdy to, co robimy, daje nam radość. Nie wtedy, gdy skupiamy się na tym, co należy poprawić i co można było zrobić lepiej. Bo zawsze można było, tylko w zasadzie – po co?

 

Foto: Pixabay

 

7 myśli na temat “Nie dość

  1. Nie dość… Anita w być bliżej pisała „wystarczająca ja, nie idealna”. Ty piszesz „Dość”. Odkrywam głosy w mojej głowie „mogłaś lepiej”, „popatrz na innych”, „nie starałaś się”, „a przecież taka zdolna”…
    I to przytłaczające poczucie winy, przytłaczające, a tak często zakulisowe…
    Wciąż nie wsytarczjąca, wciąż nie idealna, wciąż nie dość.
    A gdzie w tym jestem ja?

  2. ‚Zrobione jest lepsze od doskonałego, to spora przewaga. Niczego nie muszę gonić, nic udowadniać. Jestem wystarczająca, ze wszystkimi swoimi słabościami, potknięciami, niedoskonałościami. Nie ma znaczenia, czy robię szlaczki, czy buduję relacje z dziećmi, piszę książki, maluję obrazy, piekę chleb czy cokolwiek innego. Nie jestem sumą swoich działań, jestem całością daleko poza te działania wykraczającą. I jestem godna miłości i przynależności taka, jaka jestem.’
    Czytajac test czekalam az to napiszesz 🙂 Ja czuje identycznie i nie jestem modelowa matka. Popelniam mnostwo bledow i nie biczuje sie za to. Staram sie jak moge najlepiej. Moja 3.5 latka nigdy nie byla krytykowana za to ze czegos nie umie. Za to razem z mezem podktreslamy co akurat umie bo nie musi uiec wszystkiego. Kazdy jest inny.

  3. Nie dość… Choroba przekazywana nam z pokolenia na pokolenie. Bardzo trudno z niej się wyleczyć. Potrzeba ogromnej samoświadomości i skupienia na swoich emocjach. Ja jestem w trakcie kuracji.
    Pomału zaczynam rozumieć, skąd przez tyle lat moje wyrzuty, gdy robię coś, co nie jest nauką, czymś „ważnym”, „mądrym” lub czymś co po prostu trzeba zrobić w domu. Trzydziestka na karku, drugie dziecko w drodze i ciągłe zastanawianie się co zrobic ze swoim życiem. Trudność w uznaniu, że jest przecież dobrze, jestem dobrą matką i żoną, całkiem niezłym pracownikiem i po prostu w porządku człowiekiem. Ciągle siedzi w środku to paskudne poczucie, że za mało, niedobrze, że inni lepiej. Wydaje się czasem, że już człowiek to przepracował, przemyślał, uporał się. Ale nie, okazuje się, że wirus przechodzi mutację i ciągle powraca w różnych postaciach. Powracają wypowiadane w dobrej wierze słowa „Czemu czwórka a nie piątka”, presja, że trzeba się uczyć i mieć czerwony pasek, żeby coś osiągnąć. Nie chcę tego zrobić moim dzieciom. Czy mi się uda? Czas pokaże… Myślę, że świadomość istnienia takiego problemu, to już pierwszy krok do zmiany w rosnącym nam pokoleniu.
    Dzięki za przemyślenia, których mi dostarczyłaś.

  4. W czasie ciąży obiecałam sobie, że nie będę idealną matką. Że nie będę gonić za perfekcją. Gdzieś przeczytałam cytat „wystarczająco dobra matka”. To zdanie pomagało mi w ciąży i pomaga do teraz, kiedy mały ma 11 miesięcy. Staram się każdego dnia doceniać to co zrobiłam i co mały zrobił. Staram się podążać za nim. Staram się czytać o rodzicielstwie, żeby mieć czas na popełnianie swoich błędów, a nie powielanie cudzych. Jednak przede wszystkim nie przejmuje się tym co już nie wyszło. Jeśli coś jest nie tak, to już się stało.Patrzę na to i mówię sobie ok, stało się, następnym razem może zrobię to inaczej, ale nie rwę włosów z głowy. Z drugiej strony te „nie dość” czemuś służy. O ile coś można zrobić, jak nie teraz to następnym razem. Trzeba tylko próbować odróżnić siebie od tego co się robi. To zadanie mi nie wyszło, ale ja jestem ok. Jestem wystarczająco dobrą matką.

  5. Córka mówiła: „Jesteś najlepszą mamą na świecie”.
    Wiedziałam, że nie ma żadnego porównania (zna tylko jedną mamę),
    ale cieszyłam się, że tak czuje, i że tak mówi.
    Jednocześnie podskórnie obawiałam się, co będzie w przyszłości,
    gdy będzie miała większe doświadczenie, więcej obserwacji…
    Z trzeciej strony przy (później) stawianych jej zarzutach potrafiłam powiedzieć:
    „Tak, nie umiem gotować, ale za to jestem świetna w tym i tamtym”.
    Nie powiem, że potrafiłam tak zawsze.
    Ba, miałam coś, co moja mama nazwała „kompleksem oszusta” – co będzie, gdy inni odkryją, że tak niewiele umiem, że nie zasługuję nie tylko na tę piątkę, ale nawet na tróję…

    1. Eh, ten ‚kompleks oszusta’ to przebadany ‚syndrom oszusta’. 38 lat mi zajęło, żeby to u siebie zdefiniować i zrobię wszystko co w mojej mocy, żeby ustrzec przed nim moją córkę. A wskazówek szukam na tym blogu, za co z góry serdecznie dziękuję;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *