Jak zjeść słonia w czterech krokach

Obiecuję sobie, że to ostatni raz. Że już tak nie powiem, nie wybuchnę, nie zachowam się w taki sposób. Że będę spokojna, łagodna, opanowana; zatrzymam się i wysłucham, zainteresuję się perspektywą dziecka.
A potem znów to robię.

Znacie? Pewnie tak. Jak to zrobić, żeby zmienić schemat reakcji? Żeby działać tak, jak naprawdę chcemy, a nie tak, jak podpowiadają nam odruchy?

 

Po pierwsze: Posprzątać.

To ważny krok. Mam poczucie, że dopóki pozostawiam coś w stanie wewnętrznej deklaracji, brakuje mi energii do zmiany. Kiedy porozmawiam z dzieckiem, wysłucham go, uznam jego prawo do zranienia moim działaniem – odbudowuję więź między nami i przypieczętowuję swoją gotowość pracy w danym obszarze.
Rozmowa nie jest tłumaczeniem, dlaczego zachowałam się tak, a nie inaczej. To bardziej słuchanie dziecka.
“Widziałam twoją minę, gdy powiedziałam te słowa – chyba zrobiło ci się smutno, prawda?”
“Chcesz mi powiedzieć coś o tej sytuacji?”
“Zdenerwowałam się i krzyczałam, a teraz żałuję tego i chcę ciebie spokojnie posłuchać.”

Czasem tłumaczę swój kolczasty komunikat na słowa, które lepiej oddają to, o co mi chodziło.
“Kiedy powiedziałam, że mam dość twoich wiecznych jęków, chodziło mi o to, że czasem nie wiem, jak ci pomóc i wtedy się denerwuję, bo chciałabym wiedzieć, co robić.”

 

Po drugie: Wybrać małe cele.

Konkretne i najbliższe moim możliwościom, zorientowane na to, co chcę zrobić, a nie na to, czego robić nie będę.
Porzucam więc ogólne hasła: nie będę krzyczeć, będę spokojna, rozwiążę to łagodnie.
Te hasła nie mówią mi niemal nic o tym, co dokładnie zamierzam.
Z drugiej strony, nawet konkretnie sformułowane cele mogą przytłoczyć. Co z tego, że sprecyzuję krok po kroku: “wezmę głęboki wdech, wejdę do dziecięcego pokoju, zainteresuję się tym, co dzieci robią, a potem powiem o swojej potrzebie odpoczynku i zapytam, jak rozwiążemy dziś kwestię kładzenia się do spania” – skoro dotarcie do ostatniego punktu to jak wejście na rodzicielski Mount Everest?
Słonia zjada się po kawałku, bo co za dużo, to… nieskutecznie.
Dlatego określam punkt, który jest dla mnie trudny i ustalam, jak chcę sobie z nim poradzić. Nic więcej (na razie).
Biorę wdech, wchodzę do pokoju i szlag mnie trafia, gdy widzę poziom zaawansowania bałaganu? Moim celem będzie więc zadbanie o swój spokój. Co mogę zrobić? Wyjść z pokoju, dać sobie chwilę na ochłonięcie, pomyśleć, dlaczego tak się denerwuję. Wrócę, gdy będę w stanie spokojnie powiedzieć, o co konkretnie mi chodzi: “Widzę rozsypane na podłodze klocki i martwię się, że dużo czasu nam zajmie wieczorne sprzątanie, a już bardzo chciałabym się położyć i odpocząć”.
Zaczynam rozmowę z dziećmi, ale wobec ich zdawkowych odpowiedzi krew mnie zalewa i zaczynam wrzeszczeć? Przerywam wrzeszczenie, kiedy tylko jestem w stanie się zatrzymać, robię sobie przerwę i nie wracam tam, póki nie będę mogła spokojnie porozmawiać.
Kolejne cele ustalam sobie dopiero, gdy te dotychczasowe stają się łatwiejsze, może niemal odruchowe. Nie wcześniej.

 

Po trzecie: Świętować, opłakać i iść dalej.

Kiedy potrafiłam się zatrzymać, chcę to zauważyć i docenić samą siebie. Zatrzymałam się, choć nie jest to dla mnie łatwe! A jednak zrobiłam to – zaczęłam zrzędzić i pokrzykiwać, ale zreflektowałam się i przestałam w połowie, choć miałam jeszcze trochę do powiedzenia.
Weszłam do pokoju i pierwsze pięć minut szło mi całkiem nieźle, dopiero potem zaczęłam się niecierpliwić.
Żal mi, że ta druga część potoczyła się tak, jak się potoczyła, bo chciałabym umieć rozmawiać spokojnie i zależy mi na tym, żeby moje dzieci czuły się ze mną bezpiecznie.
Co mogę zrobić inaczej następnym razem? Jaki mały cel mogę sobie ustawić, by do niego dążyć, tu i teraz?

Przede wszystkim jednak chcę zatrzymywać się przy tym, co zrobiłam tak, jak chciałam, jak planowałam. Chcę to widzieć i cieszyć się tym, że umiem się zmieniać, nawet jeśli powolutku.

 

Po czwarte: Uczyć się w bezpiecznych warunkach.

Bezpiecznych, czyli takich, które są na miarę moich sił. Ćwiczę komunikację bez przemocy? Świetnie, w takim razie chcę ją ćwiczyć wtedy, kiedy mam na to zasoby. Kiedy sytuacja mnie nie przerasta, nie odpala mnie złość, nie zalewa mnie krew, nie padam z głodu, niewyspania czy przytłoczenia życiem.
Nie porywam się na ten rodzicielski Mount Everest z hurraoptymizmem, tylko rozważnie. Wiem, że przy porannych wyjściach jest mi za trudno, więc biorę sobie za cel popołudnia, kiedy nie ma presji czasu i mam większe szanse na zachowanie spokoju.
Z jakichś powodów wyjątkowo trudna jest dla mnie kłótnia między dziećmi? Ok, czyli to nie jest moment na ćwiczenie empatii wobec nich. Wybieram bardziej sprzyjający moment, kiedy np. dziecko opowiada mi o swoim dniu, i słuchając go mogę spróbować dawać empatię.
Daję sobie czas na przyswajanie nowych schematów, na wytyczanie tych nowych ścieżek – żeby w obliczu przeliczonych zamiarów nie popaść w zniechęcenie i beznadzieję.

Słonia zjada się po kawałku. I wtedy, kiedy ma się na niego miejsce.

Foto: Bruno Nascimento ze zbiorów Unsplash

 

 

2 myśli na temat “Jak zjeść słonia w czterech krokach

  1. Dziekuje za ten post,jest genialny i nareszcie mam wytyczne jak zmienic swoje zachowanie w obec coreczki.Tylko… który kawałek do zmiany wybrać najpierw…?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *