Bezkompromisowo

No i stało się. Doszłam do momentu, w którym mogę sobie nos wytrzeć swoimi metodami, teoriami, komunikatami i całym tym uważnym rodzicielstwem.
Przypominają mi się wszystkie sceptyczne komentarze: Fajna metoda, ale u mnie się nie sprawdza. U mnie to tak nie działa.
No, to witam w klubie.

Dlaczego jestem zaskoczona?
Bo do tej pory dogadywanie się bywało trudne, jednak przeważająco – skuteczne. Miałam poczucie względnej równowagi między NIE i TAK ze strony moich dzieci, co pozwalało mi w miarę spokojnie ich NIE przyjmować. Kiedy na coś się nie zgadzali, łatwo można było osiągnąć porozumienie, szukając nowych rozwiązań, sięgając do potrzeb obu stron (“Ty chcesz się teraz bawić, a ja potrzebuję wyjść do sklepu. Masz jakiś pomysł, jak to rozwiązać? Pobawię się jeszcze pięć minut i pójdziemy” – w sporym uproszczeniu, ale tak to mniej więcej wyglądało).

Teraz, z tym dzieckiem, dogadywanie się przypomina mi orkę na ugorze. NIE mojego dziecka jest zazwyczaj ostateczne, nie podlegające negocjacjom, twarde i – niestety – towarzyszy większości sytuacji.
Z kolei reakcja na moje NIE daje się określić jednym słowem. Wyparcie. Tak, jakby ono w ogóle się nie pojawiło.
– Mogę pojeździć na rowerze po domu?
– Nie.
– Ale i tak będę – po czym wsiada i jeździ.
I tak plus minus dwadzieścia razy dziennie.

Z przyjemnością zaprosiłabym do siebie Juula* i zobaczyła, jak to on przyjmuje dar dziecięcego NIE. Ja aktualnie chętnie obeszłabym się bez podarunków tego rodzaju.

Dlaczego nie jestem zaskoczona?
Już jakiś czas temu odkryłam, że to nie metody wymagają zmiany, tylko moje patrzenie na dziecko.
Że nie chodzi o to, by zmienić środki, ale cele.
Że jeśli zamienię komunikat:
– Sprzątnij te zabawki, albo ci je zabiorę!
na:
– Widzę, że świetnie się bawisz, i pewnie wcale nie masz ochoty teraz sprzątać. Zbliża się wieczór i ja bardzo chcę, aby w twoim pokoju dało się rozścielić łóżko. Posprzątamy razem?
ale nie będę miała w sobie gotowości na przyjęcie odmowy, to nie zmienię w gruncie rzeczy niemal nic.

Do tej pory wydawało mi się, że tę gotowość mam. Zatem albo tak naprawdę jej nie miałam, albo po prostu zużyła mi się gdzieś przy pięćsetnej odmowie.

Bywa, że w ciągu dnia mam dość. Wywracam oczami, wkurzam się, podnoszę głos, krzyczę, że nie wytrzymam.
Kiedy nadchodzi wieczór, dziecko zasypia i wygląda jak cherubinek na obłoczku, moje emocje opadają i widzę doskonale, że jej NIE jest ogromnym darem dla mnie.
Dla mnie, która uwielbia, gdy wszystko idzie po mojej myśli, tworzy plany wszystkim członkom rodziny i czuwa, by plan został wyrobiony. Dla mnie, która wciąż gdzieś tam na dnie duszy chowa resztki swych żołnierskich zapędów i umiłowania ordnungu. Dla mnie, która – przyznaję ze wstydem – wcale nierzadko myśli, że wie lepiej, robi lepiej, mówi lepiej.
Jej NIE wybija mnie z tego mojego prywatnego komforciku i konfrontuje z drugim, odmiennym człowiekiem. Uczy prawdziwego dialogu – nie tego pozornego, nakłaniającego innych do pełnienia mojej woli, ale autentycznie otwartego na inną osobę. Nawet, jeśli ta osoba ledwo sięga ponad stół.

Wieczorami widzę też, że w ciągu dnia patrzę jednostronnie. Ty znowu się sprzeciwiasz, ty znowu się nie zgadzasz, ty znowu wiesz lepiej.
Tymczasem wcale nie tak rzadko uzyskuję zgodę na swoje pomysły – tylko tego nie dostrzegam. Traktuję to jako oczywistość, naturalną kolej rzeczy, istotę relacji rodzic-dziecko.

A przecież moje dzieci nie muszą mnie słuchać. Nawet, jeśli bardzo mi z tym nie po drodze.

 

 

 

*Jesper Juul, duński pedagog, autor wielu książek dla rodziców (m.in. “NIE z miłości”)

Foto: Pixabay.com

SPODOBAŁ CI SIĘ TEN ARTYKUŁ?

Jeśli tak, dołącz do newslettera i otrzymuj prosto na swoją skrzynkę powiadomienia o nowych wpisach oraz wyjątkowe treści dostępne tylko dla subskrybentów!

Dołącz teraz

39 myśli na temat “Bezkompromisowo

  1. Witam Panią. Pierwszy raz komentuję, bo pierwszy raz tak mocno czuję się, jakbym miała te myśli w mojej głowie. Czytam na bieżąco, czerpię inspiracje… Ale dziś nie mogę. We mnie jest jeszcze sporo rzeczy, na które nie mogę pozwalać. Wydaje się mi, że mam bardzo ciasne własne granice, że daję córce mało przestrzeni, bo ona CIĄGLE nie i nie i nie. Że za dużo od niej chcę. Wieczorne sprzątanie często kończy się zepchnięciem zabawek na bok, żebym się nie zabiła w nocy, idąc do toalety. Usypianie trwa koszmarnie długo. Jedzenie to porażka. Codziennie moje „chcę dla Ciebie w ten sposób” konfrontuje się z jej „ja nie chcę!” z miliard razy. I ten miliard razy to ja muszę ustąpić, albo będzie cały dzień płaczów i zgrzytania zębów. Nie zmienia zdania. Wręcz czasem rano muszę ją podstępem przebierać, żeby wyjść na daną godzinę. Nie mam sposobu. Jak już odpuści trochę na jednym polu, to znajduje się 10 innych punktów zapalnych. Nasza relacja jest bardzo burzliwa. Ale codziennie dziękuję za takie dziecko – bo uciera nosa mnie, „starej” babie, która już miała wszystko w półkach na swoim miejscu. A jednak się okazało, że nie – że mam sporo do przepracowania, że wiele ze mnie wyłazi brudów, że ten porządek, to był tylko zamieciony rynek.

    1. Życzę dużo siły!
      Ja myślę, że będziemy kiedyś zachwycone, jak nasze dzieci świetnie sobie radzą w życiu, wiedzą, czego chcą i potrafią odmawiać innym
      Byle dożyć tego czasu 😉

      1. A ja tak sobie myślę, że ważne jest nie tylko to, aby nasze dzieci mówiły NIE innym ludziom, ale także żeby umiały przyjmować NIE od innych ludzi. W przeciwnym razie wspieramy narcyzm, a z narcyzami trudno żyć po prostu…

        1. Oczywiście, równowaga jest wielce pożądana.
          Jednocześnie z moich obserwacji wynika, że zdecydowanie częściej dzieci muszą zmagać się z tym, że ich NIE nie jest przyjmowane, mimo wszystko.
          A im bardziej tego doświadczają, tym mocniej o swoje NIE walczą zazwyczaj. Takie błędne koło 🙂

      2. Wprawdzie moja córka ma prawie 4 lata, a ja już doczekalam się usłyszeć jak potrafi zawalczyć o swoje.
        Stała w kolejce na placu zabaw. Część dzieci stało tak jak ona, a inne z boku oparte na barierce. Kiedy ogonek się zmnijszył i była pierwsza to mówi, że teraz jej kolej. Dzieci stojące po bokach zaprzeczały, ich rodzice też. A moja mała dalej swoje, wg mnie miała rację.

      3. Pani Małgorzato, piszę tutaj, bo doczytałam, że dziecię, o którym była mowa w tym poście ma 4 lata. Jak sobie radzi w przedszkolu? Jak przeszła adaptację? Moja córka za miesiąc kończy 3 lata, od tego miesiąca zaczęła przedszkole i jestem… zrezygnowana? Ona… zagubiona? Nie wiem, jak to określić. Nie potrafi współpracować, bawić się na komendę, jeść, myć się, sikać, ubierać się, wychodzić wtedy, kiedy każą. A że dodatkowo, oprócz upartości, cechuje ją głośność i emocjonalna sinusoida z amplitudą sięgającą w kosmos, to panie się skarżą i każą mi ją w domu utemperować, bo sobie z nią nie radzą, rozbija grupę. Nie mam możliwości posłać jej do przedszkola, w którym panują bardziej przyjazne zasady (mała miejscowość, a do większego miasta jej nie mogę wozić, bo daleko i z kilkoma przesiadkami).

        1. A czy nie możecie rozważyć pozostawienia córki w domu? Jestem zwolenniczką odraczania edukacji formalnej i zorganizowanej najdłużej jak tylko się da. Wiele badań wskazuje na to, że dom jest dla dzieci najlepszym miejscem rozwoju do nawet ok. 10 roku życia.
          Pisze Pani „Nie potrafi współpracować, bawić się na komendę, jeść, myć się, sikać, ubierać się, wychodzić wtedy, kiedy każą.” Czy ktokolwiek z nas dorosłych potrafi robić te rzeczy na komendę??! A jeśli nawet potrafi, to czy wydaje mu się to stosowne i w ogóle… ludzkie? Nie można przecież żyć „na komendę” i „kiedy każą”. A to że dziecko trzyletnie jest głośne i chwiejne emocjonalnie to znaczy że jest…normalne! Czy ciche i spokojne dziecko jest jeszcze dzieckiem?! Przepraszam za te wykrzykniki, ale uważam że system edukacji powszechnej jest postawiony na głowie – dzieci mają się dostosować do placówek a nie odwrotnie. Mają być ciche i spokojne i nie utrudniać nauczycielom pracy… kto tu służy komu i w jakim celu?

          1. MUSZĘ ją posyłać i mieć chociaż te 4h wolne w ciągu dnia ze 2-3 razy w tygodniu. Jestem w 7 miesiącu ciąży, od 3 lat z dzieckiem 24h/7 dni w tygodniu. Nie mam opcji finansowo ani osobowo zorganizować inaczej opieki nad córką.
            Zdaję sobie sprawę, że dzieci są głośne, hałaśliwe 🙂 ale są też te ciche i zamknięte w sobie również.
            Bardzo bym chciała oszczędzić córce stresów związanych z adaptacją i z przedszkolem, zostawić ją w domu, odraczałam swoje potrzeby (a mamy je bardzo różne i czasem sytuacja mnie przerasta 🙂 ) przez te 3 lata i teraz już chyba doszłam do ściany, bo po prostu muszę, bo się uduszę 🙂 zresztą, jestem chyba „złą matką”, bo nie potrafię się z własnym dzieckiem bawić i męczy mnie jej ciągła potrzeba interakcji z drugim człowiekiem, bo ja sama raczej wycofana jestem i potrzebuję do szczęścia tylko siebie 😉
            Szukamy wspólnie z nauczycielkami: udało mi się wynegocjować „nie chce jeść – bierze jedną zabawkę i sama w kąciku się bawi” oraz „powie, że chce siku”. W praktyce wygląda to tak, że nie siada nawet do stolika ale idzie do jadalni, bo ktoś musi mieć na nią oko, a podczas czynności higienicznych jest z dziećmi w łazience.
            Ale są rzeczy, które musi się przełamać czy chce czy nie. Nikt z nią nie zostanie w sali jak reszta wychodzi do ogrodu ani też odwrotnie. Jest 2,5 pani na 25 dzieciaczków w grupie i one też muszą jakoś wszystkie potrzeby pogodzić. Zostaje otwarta kwestia krzyku i złości: mała jak czegoś nie chce, albo się jej coś nie podoba, to daje o tym głośno znać i ciężko jej się zmienia zdanie, czuję, że ja tutaj nie mam wpływu na nią w ogóle. Przedszkolanki, widząc, że coś jest nie tak, mówią: „uspokój się, nie krzycz, powiedz”, co powoduje oczywiście nagromadzenie złości w małym ciałku i po przedszkolu od kilku dni mam w domu z powrotem dwulatkę, która wpada w histerię z powodu złamanego banana i naderwanej kartki. Nie będę ukrywać, że nie wiem, co zaproponować paniom po weekendzie, bo się umówiłam na pogawędkę wtedy.
            Dziękuję Wam za wszelkie głosy i pozdrawiam ciepło w deszczowy czas 🙂

          2. Oj, jak ja to dobrze rozumiem – te potrzebę bycia tylko ze sobą. Też jestem matką 24/7. To normalne, że mamy dość bycia tylko dla dzieci, bo nikt nie może być dyspozycyjny 24/24/7. Wcale nie jesteś „złą matką” 🙂 Wręcz przeciwnie, bo zła matka to taka, która nie myśli o swoich potrzebach. Dobra matka = zadowolona i uśmiechnięta matka 🙂 Tak więc rozumiem Twoją potrzebę odpoczynku od córki. Asiu, bądź dobrej myśli – przy dobrej woli nauczycielek wszystko się jakoś ułoży. Córka widocznie „ma charakter”, a to w sumie dobrze, prawda? Da sobie radę życiu:-) A temperować emocje jeszcze zdąży się nauczyć. Pozdrawiam ciepło!

        2. Moja córka nie chodzi do przedszkola, natomiast „bywa w świecie”, bywała w jakichś klubikach i radzi sobie. Ale ona ma 4,5 roku, a to przepaść w stosunku do 3latki.

          Jeśli nie ma opcji, aby dziecko nie chodziło, i nie ma opcji zmiany placówki, to zachęcam do negocjowania z przedszkolem i wspólnego szukania rozwiązań. Ja mam takie doświadczenie, że nauczycielki włączają się w szukanie rozwiązań, jeśli porozmawia się spokojnie i bez postawy roszczeniowej, opisując sytuację i pytając je, jak ich zdaniem można by to rozwiązać – jednocześnie uwzględniając to, co my jako rodzice wiemy o dziecku.

    2. Moje najstarsze dziecko, o imionach „Nie” i „Ja tak chcę” nauczyło mnie asertywności i stanowczości, ale niestety trwało długo zanim się zorientowałam że to nie ja tu rządzę i że nie tak ma być. Wiem też że nie chodzi o to kto rządzi, tylko o nasze potrzeby – a moje przestały się w pewnym momencie liczyć i zrozumiałam to właśnie dzięki temu dziecięcemu „NIE”.

      1. A czy tu chodzi o to, żeby nasze potrzeby przestały się liczyć? Do tej pory wydawało mi się, że powinna istnieć równowaga między potrzebami wszystkich domowników.

        1. Chyba zbyt zawile to przedstawiłam. Jasne że chodzi o to żeby potrzeby wszystkich się liczyły! Próbowałam właśnie to wyjaśnić. Mój syn tak często mówił „Nie”, że nie miałam sił się przeciwstawiać. Gdy miarka (poziom mojej frustracji) się przebrała, nagle zrozumiałam (lepiej późno niż wcale), że ja TEŻ muszę częściej mówić NIE. Że moje potrzeby TEŻ są ważne. Zaczęłam więc o nie dbać. W tym sensie to dziecięce „nie” odegrało jakąś pozytywną rolę 🙂

  2. O jakże to ostatnie zdanie jest prawdziwe! I jakże niezgodne z tym, czego sami byliśmy uczeni. Rodzic miał zawsze rację. Ja na szczęście już jej mieć nie muszę. I tylko sobie przypominam co jakiś czas ten cytat Juula, i o tym, że moje dziecko szuka we mnie człowieka, prawdziwego:

    „Dzieci nie sprawdzają granic, tylko to, czy za rolą, którą gra rodzic, nie ukrywa się przypadkiem prawdziwy człowiek. W ten sposób stawiają przed rodzicami wyzwanie, czy chcą i potrafią żyć w sposób autentyczny, obecny i wiarygodny.”

  3. Dziękuję za ten wpis! W zasadzie pod całym mogłabym się podpisać 🙂 Zmiana perspektywy…Ciągle muszę sobie to przypominać. Dziękuję:)

  4. czuję obserwująć, ze jestem tuz przed tym etapem u starszaka, a młodszy od zawsze ma charakter, że ciężko go przekonać do swojej wersji planu jesli on ma inną.. i jak mi się uda wtedy zdystansować (ni ezawsze się udaje) myślę sobie, że chciałabym aby moje NIE znaczyło NIE dla innych i staram się też powtarzać sobie w duchu, że asertywny dorosły wyrośnie tylko z asertywnego dziecka i ono niestety głównie na mnie musi ćwiczyć to NIE, bo na kim .. dziękuję za wpis, pocieszający 🙂

  5. 🙂 🙂 moje gorsze ja w takich chwilach ma ochotę wysyczeć z satysfakcją „a nie mówiłąm, hyhyhy”.

    Ale to „lepsze ja” czuje się wsparte, bo skoro u Ciebie też czasem coś nie działa, to znaczy, że wszystko ze mną ok.

    Jest trudno, często mam dylematy i wahania czy to na pewno tędy droga. Z drugiej strony za daleko już nią zaszłam, klasyczne metody propagowane przez pokolenie naszych rodziców już założenia wydają mi się bez sensu. Wiec pozostaje mi wierzyć, że tak jest dobrze, że pewnie zachowania się zmienią, dzieci dojrzeją.
    Szczególnym testem jest dla mnie córka, u której stabilizacja pynnie przeplata się z fazami furii. A idzie do szkoły… Teraz od 2 tygodni mamy porwrót plucia, wyzywania od „kupy i dupy” lania brata i krzyczenia „nie lubię” – myć się, iść, jechać na hulajnodze, jechac samochodem. Eh.
    To jest trudne, bo wiem, że w 90% wynika ze zmęczenia. Ale nie jestem wstanie sprawić aby prawie 6-letnie dziecko nigdy nie było zmęczone. W szkole tym bardziej nie bedę w stanie.
    Syn testuje mnie w sprzątaniu. Mistrz rozpierduchy. Teść mówi, ze przecież jak mój maż był mały to musiał posprzątać i tyle. Zawsze wtedy zastanawiam się patrzac na syna – musiał czyli co ? Była lany dopóki nie sprzątnął ? Zamknięty w pokoju dopóki nie sprzątnął? Wkładał klocki do pudełka zalewajac się łzami a potem roztrzęsiony i zasmarkany, skruszony przychodził powiedzieć że już i czy już moze wyjść ? Nie umialabym już zawrócić na tę drogę. Ale goruję się w środku jak sprzatam kolejny raz prosząc na 1000 sposobów, zęby posprzatali swój burdeik razem ze mną. Eh 🙂

  6. O, moja córka potrafi negocjować…. gdy chce.
    Jakże chciałabym umieć spokojnie zachęcać ją do negocjacji, nawet gdy… nie spełnia wynegocjowanych warunków 😉
    Ale upał, ale zmęczenie, ale terminy, ale….
    Jak znaleźć w sobie zrozumienie jej emocji, gdy własne buzują?
    Wiem, że muszę próbować. I chcę próbować.
    Będzie trudno. Potrzebuję przewodnika, a jednocześnie nie chcę ocen, krytykowania i korygowania. Ech.

    Nie przedarłam się przez cały Twój blog. Możesz napisać, ile Twoje dzieci mają lat?

    1. 10,7 i 4 lata.
      Wczoraj nie miałam zupełnie siły na przyjęcie frustracji swojego dziecka, powiedziałam więc otwarcie,że chciałabym wesprzeć, jednak sama nie mam sił w tej chwili. Mam poczucie, że takie postawienie sprawy jest ok.

      1. Pisanie publicznie o swoich słabościach, czy niepowodzeniach jest odważne. Ale jakże pomocne, dla czytelników, dla zwykłych rodziców, którzy wtedy mogą powiedzieć:
        „O kurczę, to tak jak u mnie” albo „O, nie tylko mnie się nie udaje…” 😉
        Przy okazji polecę wpis znajomej:
        http://slonceideszcz.blogspot.com/2015/08/jak-sobie-radzisz-nie-radze.html

        Będę do Ciebie zaglądać, obiecuję (sobie!) 🙂
        Nie wierzę w przypadki, coś mnie tu przywiało. Może w dobrym momencie 😉

        1. Ja jestem zwykłym rodzicem! 🙂
          Jestem pewna, że to nie przypadek, w końcu twój blog jest mi swiatelkem w tunelu!

        1. Nie, nie – 10 lat, a następne 7. Pierworodny jest młodszy od Twojej córki o rok, jak to sobie wydedukowalam z Twojego bloga 😉

  7. Dziękuję za ten wpis. Dla mnie ważny z wielu względów, m.in. dlatego, że pokazuje, że nas – „fachowców od wychowania”- także dotyka niemoc, brak pomysłu, brak wpływu. Czasem czuję presję (ze swej i cudzej strony), by na wszystkie trudności ze współpracą z dziećmi mieć sposób, metodę. I sukces. W bezpośredniej pracy z rodzicami to ważne, bo oni oczekują pomocy, a ja sama bardzo chcę jej udzielić. Już, teraz. I żeby zadziałało. Zmiana „że to nie metody wymagają zmiany, tylko moje patrzenie na dziecko” (genialnie powiedziane!) bywa trudna do przyjęcia. I przekazania.

    1. Znam tę presję. Zastanawiam się, na ile ona istnieje w ludziach, a na ile we mnie samej – jednak znam. I bywa przytłaczająca.

  8. Dzięki za ten wpis. Ostatnio mi jakoś trudniej, tego NIE jest coraz więcej i zaczęłam się zastanawiać, czy nie powinnam być bardziej stanowcza albo robić czegoś inaczej, żeby zmusić syna do zrobienia tego, co ja chcę.

    1. Myśl, że trzeba dziecko zmusić, żeby się nauczyło, nigdy nie okazała się dla mnie dobrym doradcą.
      Owszem, pertraktować, bo czegoś potrzebuję – tak. Ale lęk przed tym, że jeśli nie zadziałam, nie nauczy się i co-z-niego-wyrośnie, nigdy.

      Życzę dużo siły, to bywa trudne.

  9. Pierwszy raz zabieram głos w kwestii wychowania dzieci, choć wcześniej wiele razy miałam chęć. Mam 40 lat i dwie córeczki 20 i 17 lat. To co piszecie to dla mnie kompletny kosmos. Nigdy…serio (dam się za to pokroić) nie zdarzyło mi się , że dziecko postawiło na swoim, ze odmówiło współpracy, że wrzeszczało, złościło się itp. Jak to możliwe? hmm…właśnie nie wiem…u nas w domu nawet głosu sie nie podnosi…żadnej formy agresji więc nie było. Była za to od 1 dnia po urodzeniu 100% stanowczość. Dzieci doskonale zawsze wiedziały gdzie są granice. Kłopoty z usypianiem?- w życiu….nigdy ani razu…zawsze szły do siebie wtedy, kiedy był na to czas, awantury w sklepie szkole przedszkolu…nie mam pojęcia co to takiego….Dziewczyny wyrosły na szczęśliwe młode kobiety. Ktos może zapytać jak? A no przede wszystkim tak, że nigdy nie czytałam żadnej książki, nie słuchałam koleżanek…tylko patrzyłam na swoje dzieci i w swoje serce..nic więcej.

    1. Dla mnie nie jest żadnym problemem to, że dziecko stawia na swoim, absolutnie. Kiedy wyjdzie z domu rodzinnego, chcę, aby umiało na swoim stawiać.
      Nie jest też problemem złoszczenie się.
      Natomiast – dwójka starszych dzieci była i jest mniej stanowcza. Póki nie narodziła się trzecia, nie rozumiałam rodziców, którzy o takich stanowczych dzieciach opowiadali i wydawało mi się, że to kłopoty z granicami rodziców.
      Aż przyszła kryska na matyska 😉

  10. Dziękuję za artykuł, chyba nie mam nic do dodania… Zacznę drukować do poczytania mojej Mamie te mądre słowa – bo zmiana jej sposobu myślenia jest dla mnie niewykonalna! Po uszy „siedzi” w swoich zabobonach, nadmiernie ograniczając dziecko, a po całym dniu synka (2 latka) z Babcią, echch, wieczór mam zawsze ” z głowy”. Może jest jakiś artykuł dedykowany babciom? 😉 Chciałabym ją otworzyć na inne spojrzenie, myślę, że wiele Mam ma ten sam problem.

      1. Przeczytałam właśnie podlinkowany przez Panią artykuł. Moja mama zawsze się śmiertelnie obraża na takie komunikaty do dziecka, komentujące niejako jej działania (ten przytoczony o jedzeniu brzmiał u nas praktycznie tak samo) – uważa, że „traktuję ją jak idiotkę” a „ona przecież troje dzieci wychowała i nie muszę komentować wszystkiego co robi”. Moi rodzice pochodzą z domów „absolutnego NIE i podporządkowania” i nie są w stanie zrozumieć przyjętej przez nas drogi wychowania – jak sami twierdzą, bezstresowego. Nasz syn jest jeszcze maleńki, ale już potrafi zakomunikować stanowczo swoje NIE, z czym oczywiście nie zawsze umiem sobie poradzić. Czasami nachodzą mnie przemyślenia: a może moi rodzice mają racje? Co z niego będzie? Czy „wejdzie mi na głowę”? Ale potem biorę się w garść i brnę w to dalej, bo tak jak ktoś wyżej zauważył, droga wychowania naszych rodziców jest mi tak obca, jak tylko się da i nie chcę mieć tego w swoim domu. Do dziś mi dzwoni z tyłu głowy nieśmiertelne „NIE BO NIE” – to mój napęd do wytrwałości. Mam nadzieję, że starczy mi jej na długo 🙂

  11. Pani Małgorzato, jestem pod wrażeniem nie tylko tego, co pani pisze (bo od dawna czytam różne książki i blogi w nurcie RB), ale również tego, jak Pani pisze – szczerze i osobiście, nie ukrywając trudnych doświadczeń macierzyńskich. Z przyjemnością zagłębiam się w Pani bloga.
    Mam malutkie dziecko i dużo pytań. I wrażenie, że wraz ze wzrostem dziecka, będzie też rosła liczba pytań i wątpliwości 🙂 Jednak jedno pytanie nie daje mi spokoju od dłuższego czasu. Może Pani wiedza będzie tu pomocna. Otóż nurtuje mnie, czy gdzieś na świecie, lub kiedyś w przeszłości (mam tu na myśli historię ludzkości) dzieci były/są wychowywane w duchu czy stylu, który dziś określamy mianem Rodzicielstwa Bliskości? A jeśli tak, to czy mamy jakąś wiedzę o długofalowych efektach takiego podejścia do wychowania dzieci, które skupia się na potrzebach dziecka i relacjach międzyludzkich, a nie na zachowaniach dziecka i oczekiwaniach wobec niego? Gdzie ew. można szukać odpowiedzi te na pytania?

    1. Oczywiście! RB nie jest niczym nowym, dużo na ten temat pisze Liedloff w „W głębi kontinuum”, sporo też znajduje czytając teraz Petera Graya ” Wolne dzieci”. Sami twórcy pojęcia attachment parenting, Searsowie, wskazują, że jest to podejście intuicyjne, towarzyszące człowiekowi od zarania dziejów. Dopiero potem pojawili się się „specjaliści” dowodzący, że taki styl opieki nie służy dzieciom – i niestety pokłosie tych tez zbieramy do dziś.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *