Atmosfera

Pierwszą odbieram z zajęć, które lubi. Wsiada do auta i burczy coś pod nosem. Po chwili zaczyna przesłuchanie:
– Co jest w domu do jedzenia?
– To, co zazwyczaj.
– Eeee, nie ma nic specjalnego?
– Nie.
– Ja mam taką ochotę na coś słodkiegooooooo!

Moje tysiąckrotne doświadczenie podobnych dialogów umożliwiło mi przetestowanie niemal wszystkich dostępnych odpowiedzi. Żadna do tej pory nie była satysfakconująca. Milczę. Zajeżdżam po drugą, odbieram ją od znajomej, z której córką spędziła ostatnie dwie godziny. Druga już od progu wbija wzrok w ziemię i nie odpowiada na żadne z moich pytań. Kiedy wsiadamy do auta, w magiczny sposób odzyskuje mowę i obrzuca siostrę stosem niewybrednych inwektyw. Cudownie, teraz zawodzą obie.


Biorę głęboki wdech. Tak bardzo, tak mocno walczę z pokusą wylania potoku pretensji. Czuję już tę czającą sie na koniec pełną goryczy ulgę. Wyobrażam sobie satysfakcję płynącą z użycia tych kwantyfikatorów “wy zawsze, wy nigdy”; czuję smak oskarżeń typu“niewdzięczne, nie doceniacie tego, co jest, wiecznie niezadowolone i marudzące”.
Jakaś przytomna cząstka mnie, obudzona tym świadomym oddechem, bierze górę. Nagle, zupełnie niespodziewanie dla mnie samej, z moich ust wybrzmiewają słowa:
– Macie ochotę na coś specjalnego na kolację, tak?
– Tak, a w domu nic nie ma… – zaczyna pierwsza, ale nie daję jej się rozwinąć.
– Może zrobimy gofry? – proponuję.
– Tak! – przytakują obie ochoczo.

Uff, ulga. Reszta drogi upływa nam w przyjemnej, swobodnej atmosferze. Dziewczyny nawet wymieniają się informacjami, jak spędziły czas w ostatnich godzinach.
Wiem, że ja to zrobiłam. Ja rozładowałam atmosferę. I wiem, że tylko ja to potrafię, nie one.  Kiedy jesteśmy wszyscy razem w domu, to tylko my, rodzice, potrafimy zadbać o klimat. Bo oni, choć wcale nie tacy mali, nawet kiedy próbują, szybko się wypalają; kiedy usiłują bezskutecznie zadbać o to, które akurat przeżywa jakieś trudności, stają się jeszcze bardziej rozdrażnieni.
To nie jakaś supermoc. To neurobiologia. To mój mózg, który potrafi poradzić sobie z rozdrażnieniem, wspiąć się na wyżyny i rozładować spięcia. “Potrafi” nie oznacza, że zawsze to robi, ale potencjał jest.
W każdej sytuacji, której towarzyszą zawodzenia, pojękiwania, narzekania, drażliwość, zaczepność i całe to niewesołe tło, mam zawsze wybór.
Mogę żądać od dzieci, żeby się uspokoiły, upatrując w tym niezbędnego warunku mojego powrotu do spokoju.
Mogę też najpierw uspokoić się sama, by pomóc im wrócić do równowagi.
Przy podstawowej wiedzy na temat rozwoju psychicznego i emocjonalnego dzieci wybór ten jest logiczny, a jednak nie zawsze dla mnie oczywisty.
Co robię, by wybrać ścieżkę, która nie tylko zadba o atmosferę tu i teraz, ale i pomoże dzieciom w przyszłości coraz sprawniej radzić sobie w trudnych sytuacjach?

1. Zatrzymuję się.
Jeszcze nigdy, przenigdy nie żałowałam, że zareagowałam chwilę po czasie. Naprawdę nie pamiętam sytuacji, w której wieczorem pomyślałam “Ale dobrze, że wpadłam od razu do dziecięcego pokoju i zadziałałam w emocjach!”.
Analogicznie, jestem sobie wdzięczna, gdy się zatrzymam. Oczywiście, zatrzymanie nie jest wskazane, gdy komuś dzieje się krzywda, jednak definicja krzywdy obejmuje bezpośrednie zagrożenie życia lub zdrowia. Jęki, narzekania i wrzaski nie są przyjemne, ale nie zagrażają bezpieczeństwu. Mogłaby mu natomiast zagrażać moja reakcja w afekcie – więc, tym bardziej, zatrzymuję się, zanim zadziałam.

2. Oddycham.
Nie ma dla mnie nic ważniejszego, niż świadomy, głęboki, rozluźniający oddech. To nie czary, to – znów – neurobiologia. Ten oddech przełącza moją aktywność w mózgu – z takiej “rozbieganej” i rozproszonej na zewnątrz, gotowej oceniać i oskarżać innych, na taką skupioną bardziej do wewnątrz, zdolną złapać dystans i popatrzeć na wszystko ze spokojem. Tak, jakbym tym jednym malutkim westchnieniem przełączyła sobie jakiś pstryczek w głowie.
Oddechu trzeba się nauczyć, jest to jednak nauka dość krótka i efektywna zazwyczaj.

3. Przeformułowuję zachowanie.
Kiedy już mam głowę zdolną popatrzeć ze spokojem, mogę wybierać ścieżkę swoich myśli.
Jedne pobiegną w stronę “jakie te dzieci są okropne, niewdzięczne, marudne i wiecznie niezadowolone”.
Inne skręcą w wąziutką, czasem trudno widoczną dróżynkę “jak im jest teraz trudno, skoro zachowują się w taki trudny sposób”. Jeśli wybiorę tę drugą, czuję, jak schodzi ze mnie napięcie. Jak zbliżam się do swoich dzieci z czułością, łagodnością i zrozumieniem. Nagle, zamiast widzieć wykrzywione potworki, zauważam rozbite, przestraszone i zdezorientowane dziecko. Tak, nawet gdy to dziecko ma już -naście lat.


Jest coś jeszcze. Pełen bak. Dbam o niego, bo kiedy nie mam energii, zasobów, sama jestem rozregulowana i rozdrażniona, nie jestem w stanie wykonać tych trzech kroków. Zamiast tego raczej gryzę, drapię i skaczę do gardła. Dlatego uczę się odmawiać (“Nie, teraz chcę leżeć i czytać, pogram z tobą później), pokazywać swoje granice (“Jestem rozdrażniona i zmęczona, nie chcę teraz rozmawiać, tylko poleżeć w ciszy”), wybierać takie aktywności, które mnie doładowują i odprężają. Kiedy spinam pośladki, zostawiając siebie i swoje potrzeby gdzieś z tyłu, na kiedyś tam, szybko pęka mi żyłka w kryzysowej sytuacji – zamiast wspierać, dołączam się do dziecięcego chaosu i podbijam stawkę.

A ponieważ, wracając do sytuacji opisanej na początku, zawsze pada pytanie: “co, gdyby dzieci nie chciały gofrów?” – spodziewam się go i teraz, odpowiem więc zawczasu.
Nie wiem, co wtedy. Szyję na bieżąco. Kluczem nie są gofry czy jakiekolwiek inne pomysły, które dzieci przyjmą z zadowoleniem. Kluczem jest to, czy umiem zadbać o spokój i lekką atmosferę – oraz czy pamiętam, że w tym układzie to ja mam więcej możliwości na powrót do równowagi. Kiedy ja tego nie umiem, tym bardziej nie są do tego zdolne moje dzieci.

 

Foto: Unsplash

10 myśli na temat “Atmosfera

  1. Witam.
    Od dawna czytam bloga, słucham podcastow, książkę przeczytałam, bo jest Pani dla mnie jednym że źródeł inspiracji w budowaniu mojej rodzicielskiej ścieżki. Jednak nadal nam nierozwiazany problem. Jak zadbać o ten pełny bak przy małym dziecku/dzieciach. Mam na mysli dzieci do dwóch lat. Tu nie ma co tłumaczyć, ze potrzebuje odpoczac, a co dopiero mówić o wyższych potrzebach. Co wtedy?

    1. Moim zdaniem, przy malutkich dzieciach największym wsparciem i strategią na zadbanie o siebie jest pomoc ze strony innych. Czy to w zajęciu się dziećmi, czy w zadbaniu o szczegóły dnia codziennego. Wiem, że często pojawia się myśl: ale my naprawdę nikogo tu nie mamy i nie mamy możliwości. Polecam szukać sposobów dostępnych w danym momencie. Jeśli nie niania/pomoc domowa na stałe (bo przecież jest to jakiś luksus), to chociaż przyjaciółka/koleżanka. Jeśli nie regularnie, to chociaż dorywczo. Jeśli sieć kontaktów się dopiero buduje, bo to nowe miejsce, to chociaż ustalenie z partnerem pewnej wymienności. Nawet jeśli nie ma mowy o zniknięciu na całe popołudnie i szaleńczych zakupach, kosmetyczkach, kinach etc., to chociaż półgodzinna drzemka/książka/serial. I takie drobnostki warto regularnie pielęgnować.
      Regularny telefon do bliskiej osoby, która wysłucha z empatią.
      To takie sposoby na szybko.

      1. Dziękuję. Teoria teorią, ale nad wprowadzeniem pewnych nowych rozwiązań dnia codziennego będę musiała ciężko popracować. I wyzbyć się wyrzutów sumienia za obarczanie innych moimi obowiązkami. Ale o tym pisała Pani już niejednokrotnie.

  2. Pani Małgorzato,
    jak zwykle jest Pani moim mistrzem, do którego tak mi daleko jak stąd na księżyc (albo jeszcze dalej). Mi ta przysłowiowa żyłka pęka ostatnio często, bo i dziecko ma „trudniejszy” okres (co Pani wie z moim zrozpaczonych @), ale wchodzę na Pani bloga i objawienie! Ponowne. Zadbać o siebie, żebym mogła zadbać o córkę i mieć wciąż głowę pełną pomysłów, by nie krzywdzić kochanego przecież dziecka. Dziękuję Pani za ten felieton. Idzie do druku i na tablicę w domu. Pozdrawiam.

  3. A to dopiero! Wpadlam na bloga wprost od Nebule. Rozmawialam dzis z mezem, ze od tego tygodnia nadalam priorytet wysypianiu sie. Nocne karmienia sa dla mnie przeklenstwem. Od kilku dni gdy mlody drzemie, ja tez. Niewyspanie powoduje u mnie bol glowy (ok, mozna zlikwidowac medykamentem) ale takze skutkuje brakiem cierpliwosci i uwagi dla dziecka. Zatem zgodnie z tekstem: wlewam sen do mojego baku 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *